2019-06-17     Laury, Leszka, Marcjana     "Jako przeciwwagą dla tak wielu trudów życia niebo dało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen, i śmiech". Immanuel Kant    

 

 

 

                                 TĘCZA  W  BURSZTYNIE

(Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu - Rzeszów 2009)

 

       Rozpętane siwki

Rozpętane siwki moich siwych dni

pośród traw skoszonych i zmurszałych pni

galopem, galopem, miękko i miłośnie

zanieście mnie w maju ku miłosnej sośnie

 

          Niech dawne kochanie na skrzydłach gałęzi

          na nowo zaśpiewa, dumki rozuwięzi

          co wlecione w grzywy konie je pochwycą....

          Straconymi w trawach świerszcze się zachwycą

 

            Hortensja i wiatr

Czasem jest cicho jakby cię nigdy nie było

I  w oczach pusto jakby się nic nie śniło

czasem serce nie bije i nie trzepie żalów

Niebo zachmurzone i słońce nie pali

 

Wiatr tylko szeptem dopieszcza hortensję

Kołysze jej kibić, wzburza soki  w naci

I wtedy mam do Boga malutką pretensję

Żem ja już nie hortensja

I ty już nie ten wiatr

co się kiedyś we mnie

co się kiedyś we mnie

co się kiedyś we mnie

na moment zatracił

 

                        Ołtarz zieleni

Niepotrzebny był ołtarz niezwykłości, zieleni

Niepotrzebne gwiazdy odbite w jeziorze

Wszak to wszystko zmierzało ku nagłej jesieni

Wszak to wszystko wchłonęło nie naszych wód morze

 

Ale gdyby nie było tych serwet zieleni

A potem na nich śniegu, po kolana, jak dzieci

Bylibyśmy na wargach nieproszonej jesieni

Jak z ołtarza zdmuchnięte zeschłych kwiatów śmieci

 

Grecja, Kos 2009

 

                                              

                                                              SKRY SZRONU

                                                     (tomik w przygotowaniu)

 

          Mijanie

 

 

Mijamy się o jedną chwilę

Mijamy się o jeden dzień

Niepisana nam była nwet wspólna przechadzka

A miłość jak dobry kocur

 

Jak nierozłączny cień

 

czeka na czatach i łasi sie znienacka

 

Mijamy sie o jedną miedzę

O jeden kraj i jedną fonatnnę

Dopiero gdy zapada noc

Niebo – nie zna granic –

Zsypuje gwiezdną słodkich

wspomnień mannę

 

 Anglia 2010

 

 Pod parasolem twojego uśmiechu
 
Pod parasolem twojego uśmiechu
Świat cieszył i nie dał zasnąć
Dziś, księżyc w pełni tak mnie uwodzi
I nie chce zgasnąć
 
Stanął na niebie zalotny żeglarz
Świetlistym plastrem oślepił oczy
Do moich ramion, myślałam, wolnych   
kulą tesknoty się przytroczył
 
Anglia maj 2010
                                                                                                             

                                                      NADPOPRADZIE

Poprzez lat zarośla (poemat)

kolaż gwary nadpopradzkiej

i języka literackiego (druk pogrubiony)

 

Poprzez wieka trumien, poprzez lat zarośla,

poprzez deszczów zleje, nieba nawarstwienia

odzywa się we mnie melodia przegłośna

i dłutem pamięci rzeźbi z zapomnienia obraz.

 

I powstaje zjawa, przypływa aniołem,

dusi śmiercią za gardziel, rozłamuje smreki,

kikutem trafionej topoli straszy dookoła,

by po burzy tęczą zalegnąć powieki

i rozlać się słońcem.

 

Halcia bydło zenie, woda sie zbabrała,

pocekejciez baby, kompanija cała,

jaz sie kapke przecyści,jaz bedzie źródlano,

jeno je nie pijcie, bo pewnie sfajdano.

 

Krowy poprzez mostek, Wicuś niescęśliwy,

w torbie jabka papiyrówki, niedoźrałe śliwy,

Matula mu po Michale zmarła na suchoty,

zostoł Wicuś, koza-szczapa, połomane płoty,

pole wzieli, gorzć tysięcy dali Wicusiowi,

on if przejod, przesmakowoł, hołota poprzy niem.

Fto sie ta dziś dowiy

kiela było, a kiela ta dzieś za krokwiom matula schowała

lo Wicusia od Łazienek, od Smydy Michała.

 

A jesce wom ze dwa roki, moze przesły sezon

Michałowa opiyrała, (ręce jak powrozy),

pół miastecka, dwa przedmieścia, jeno goście wiedzą

jakie spanie, jaki wylyg, jak sie goś rozłozył,

ni plamecki nie uświadcył, jakby pcheł nie było,

jakby nogi sie w ty chołpie co wiecora myło.

 

* * *

 

Woda jesce brudno, baby wciąz cekają,

idzie poczciorz z dołu, psy go obwiyscają,

telegramy, liściwo, ze juz jutro goście,

suście, baby, a maglujcie wyśtywniono pościyl.

 

A jo ide zadysano z pociągu o trzeci,

zeby złapać ten o cworty, pojechać do ciocie,

do Krynice; Romanówki, deptaki, hrabiny,

co za światy, wodotryski, wielgopańskie miny.

 

 

Matuś torby zrychtowała, zeby grosa wpadło,

choćby samem sie ze smakiem, z oblizaniem zjadło,

cielęcinke mom w piecoku, palce rznie mi siotka,

groch, fasola, suche śliwy, spod Śnajdrowe jabłka.

 

Poza deptak (przez te torby) stary Dom Zdrojowy

mijom zgięto, wniebowzięto, przy Pijalni - nowy,

rosną ganki, kolumnady, bedzie opolanie

w ludowy tam wom ojcyźnie, panowie i panie.

 

Przy Pijalni źródło Jana, Nikifor maluje,

na palete, pędzel w gębie, rozwściecony pluje,

ze mu gapie, wyrwigrose skodują grosiwa,

ze mu śtuke, nikifory, za mostki porywo wiater.

 

Wiater to

ten sam, co w Romanówce pomurszałe kity

wydziobuje i na ogród milczeniem spowity

rzuca okien, szyb szczękanie, próchniejące ramy

chwieje dreszczem i radością na gości od bramy.

 

Właśnie pani, jaśnie pani, ksiądz dziekan, mecenas

zakończyli Zdrowaś-Mario, Ojcze-Nasz, ojczenasz

i kolację, moje masło, wątróbka na jutro,

spożywają. Odgłos srebra, na wieszaku futro,

lis się patrzy, mordka, niuczka, ślepiczka chytrusa,

patrzy, jak to pan mecenas hrabinie całusa

posyła w milczeniu, posyła na wietrze,

na dozgonną miłość, nierozstanie wieczne.

 

Ciocia Hela mnie wprowadza z dumą jaśnie pani,

że to Krysia jest z Piwnicznej mojej siostry Hani.

W aksamitną rączkę, w prześwit płowych żyłek,

składam pokłon hrabinie strzegąc się pomyłek,

potem jaśnie księdza, pana w pierścień złoty,

on bierze za portfel, czerwone pięć złotych

mi wciska.

 

Piesek na to nieszczęśliw drze płaskiego nosa,

mierzy mnie nieufnie ślepotą z ukosa,

że się jego pani innymi zajmuje,

a już ósma wieczór, coś go w uchu kłuje,

bo był stary,

w przeliczeniu na człowieka bardzo stary.

 

Żegna pani księdza, mecenasa żegna,

Żegna jaśnie pani

białą rączką jak łabędź, pies odchodniów gani:

 

idźcież hau-hau, idźcież wreszcie,

mojej pani mi nie bierzcie,

bo ja piesek starowinek, ach ty lis, złaź z ramion,

ja już takim jest staruszek, że z śmierci wybawion

tylko wtedy, na tę chwilę, gdy ucho do piersi,

pod nią serce słyszę dobre, co płacze, że z sierści

znowu wyjdą rękawice, a może kubraczek

na mój grzbiecik co raz łysy, ach ja nieboraczek.

 

I opada pani na fotel bujany,

Bałguś słucha piersi ze szczęścia pijany,

przeciska pod dłonią główkę łysiejącą

na swą panią senną, na poły marzącą.

 

Czy on mnie naprawdę, czy jeno tę willę,

ale przecież chwileczkę pomyślawszy, chwilę,

wiedziałby, że dochód żaden, jeszcze na podatki

śle rodzina dary, szterlingowe datki.

O lata nie pyta, czyżby wiedział, ile

lat w metrykach węgierskich gdzieś zostało w tyle.

A może on nie willę, jeno plac z ogrodem

tak ceni?

Może jeno tak buja, że moją urodę?

A co, gdy odmieni czas moje oblicze?

Nie, nie, nie wyjdę,ja na siebie liczę.

 

Dzryń, dzryń, dzrrryń, Helen weź Bałgusia, zasyp ranki,

nad koszykiem mu parawan ze starej firanki,

grzej wodę na kąpiel,

ja niczego ci nie skąpie,

rusz się, dziełcho,

znowu halka ci wyziera.

 

Tak szarzały białe dłonie, czas je giął i skręcał,

nie oszczędził przy tym wzroku, nie oszczędził serca,

lecz najgorsze było później pęknięcie miednicy,

miesiącami gips-kołyska wśród fontann Krynicy.

 

Brała tedy jaśnie pani przeszłość w drżące dłonie,

stosy gazet z lat trzydziestych, pulsowały skronic.

Czy ja jeszcze z tego gipsu, czy choćby do bramy

przejdę kroków choćby dziesięć lekkością Halamy.

A Żeleński, ach ty Boyu, gdzie są twoje słówka,

już nie ujrzy słówek twoich moja Romanówka.

Przeszłość się skradała, Josephiny Baker,

Żelichowskiej Leny,

z półek same się zrywały czapeczki na bakier,

wiatr im śpiewał treny i z przekąsem pióropusze,

strusie, pawie, pawie

sen przeszłości gipsowały w bolejącej jawie.

 

I dziś jaśnie pani leży powalona,

Romanówka próchnieje, pamięć w oknach kona.

Złociste jej chryzantemy raz na Wszystkich Świętych

niesie Helen, stróż pośmiertny, bukiet wspomnień spięty

ciepłem dłoni, słów obręczą - nieziszczonych marzeń,

co wosk topią, płacząc z cicha wśród cmentarnych jarzeń.

 

* * *

 

I juz wracom dzień późni, dzień jak z bica strzelił,

sare smugi w mem zyciu troche mi wybielił,

wracom krokiem pańskiem, siuruje na deptak,

zygarecek na ręce sepce mi: idź tak, drep tak,

jak te panie, te lisy, co w śklonkak rurecki

potyrkują lo fasonu przez mosty, mostecki.

 

Ale nim na deptak, zakręce do Raju,

babcia tu dzieś dzieci, wielgie państwo, w maju

zakońcała bawić, by po lecie-harówce

zaś zime przekapać w jakiś Witoldówce.

Kosia kosia kosiany, lulaj lulajęcy,

słychać jak siyroctwo w środku duse jęcy,

ze mu szkole zabrali, wypisali z grona,

a mie jeno ręce tak sie dziwnie trzęsły,

bom jo przerobiona, mojaś ty była,

gęsi, krowy, krązanina, mamusia daleko.

 

Tak to Kasia Kozusconka poletko za rzekom

odrobiała zborguwane, rosła ojcowizna,

by wiek późni, wiek skapany, niebo ji to przyzna,

nic z sobom nie zabrać.

 

Dwaj ją konie wiezły, wiezły jak gazdynie

sama siebie poskładaną w swą pośmiertną skrzynie,

wdzioli to, co kcieli, rózaniec do ręki,

koniec kujawiny, mordęgi, udręki,

westchneli.

 

Ona ta dziś pewnie w boskif miele zarnak,

anioł, kiedy ranne, wselinijakiego ziarna

ji dosypuje

na kumunie niebieską z jedwobne pszenice

na dus pokrzepienie w pośmiertny Krynicy.

 

* * *

 

A u dziadka w tym ogrodzie

śliwy źrały, potok szumiał,

ogród w kwieciu się lipcowym

najkwieciściej tak jak umiał

słał na wzgórzu.

 

Pazie, pazie, paź-królowe

na przysadziu rozpylały

miody, słody, nektar świata,

co omdlałych wzrok oplatał

ciał gromnicznych, pobielideł

bez zieleni i bez skrzydeł

zrosłych w miastach.

 

Ciała mdlały, omdlewały

pośród lipców, traw, legowisk

i do mężów, do kochanków

z roztęsknionych letniskowisk

coś pisały.

Czy dojadą, czy przyjadą

na niedziele, na weekendy,

na rozszepty słońcem wonne,

śród kwiatowisk, kępek mięty.

 

Słońce grzało, las świergolił,

żar lipcowy listy palił,

co do mężów, do kochanków

o lipcowym tam poranku

kwitły w trawach.

 

Że w tym złocie, w tym poszumie

kocha, tęskni i rozumie

najgoręcej, bezgranicznie,

przyjedź, dołącz, weź w ramiona,

tak tu pięknie jest w Piwnicznej,

noc dziś znowu przetęskniona

się rozgwieździ.

 

Jabłoneczko w brzyzku, w dole

pobarańska, podziadowska,

listów, wyznań powiernico,

co Opatrzność tedy Boska

miesiącami, sezonami,

jabłek wstydnych rumieńcami

słuchać dała ci w niewierze,

że to prawda te miłości,

utęsknienia, powonidła,

co jak w sierpniu sian kadzidła,

zniewalają strychy, strzechy

na wzmożonych bić oddechy.

Jabłoneczko, jabłuś moja,

wtedy w wstydzie, w pąsach cała,

gdzieś po latach się podziała?

 

Ciała mdlały, różowiały, las świergolił,

listy palii żar lipcowy, letniskowy

w starym sadzie na paradzie

starych Lojzów kapaniny,

odziedziczeń, przykupideł

pośród dymów i zapachów

zeszłorocznych gdzieś powideł.

 

Ciała mdlały, brązowiały

pośród suśni podśpiewywań,

jak skwierczało, jak pęczniało

gdy miednice śliw węgierek

suśniom w gardło się sypało.

Przewędzone, przesolone

żebraw suśniak sie zwęgliły,

zjesieniały lata, lipce,

drewna, drewna się dotliły.

 

 

 

Sad poniemiał i wyłysiał,

drzewa-dudły wśród próchnicy świętojańską dziś mi pamięć

tu naWyspie-Wspomnienicy żarzą.

Lecz powrócą wczasowiska,

pośród trawisk legowiska

wrócą czasy, pokolenia na powtórnych traw omdlenia

nowe w dole trysną zdroje

kwaśne wody, źródła, roje,

roje płatków, pszczół, motyli,

które widok sukni zmyli,

gdy kwitnąca dziadka sadem,

przepasana Nadpopradem

wyjdzie wyznać bezgranicznie

że tak piękniejest w Piwnicznej

gdy on jest przy niej.

*

Zjeżdża Stela Festynela,

dwoje dzieci, państwo w świecie,

ni to pani, ni służąca w wieku swego letnim kwiecie

i w objęcia szaf rozdźwierzy

ciuch po ciuchu okiem mierzy (wieszając),

w której kiecy, z którym wcięciem

na festynie dziś zawzięcie hulać będzie.

 

Jaś z Małgosią po podróży,

dzień cudowny, lecz się dłuży,

więc je Stela Festynela już o siódmej w szelest słomy

by się sama w ciał rozłomy

przy muzyce, przy kapeli

w festynowej tej niedzieli zatopić.

Bordo kieca z bordo wcięciem
na ten podryw, na to wzięcie

szum potoka, szczęk miednicy

Steli piersi paradnicy w lustrze wody, śród świeżości

na festyny, na miłości się odbijały.

Na to księżyc jednym okiem tak omamion tym widokiem

(stary ramol śród ramoli, ale skory do swawoli),

tym widokiem tak omamion

scałowywał wodę z ramion,

łypkał, łypkał, bańki chlipał,

w to odbicie w wodzie łypał

 

***

Festyn, festyn, w piersiak raźni,

pary kłęby z kwaśny łaźni

wode grzeją, para hucy,

o festynie grzmi i bucy piec-maszyna.

Co to była za muzyka

hosia hosia, smyk do smyka,

klarnet, trąbka, guzikówka,

hosia hosia, karbidówka światłem trzęsła,

płomień klypkol, klarnecista na tłum łypkoł

spoza lica, co mu z dmuchem

rosło, klęsło chuch za chuchem

i za Stelom, tom wygibom

wodził wzrokiem tam ku sybom,

dzie mu Stela koło lady

to wydźwigi, to przysiady,

w sukni z tafty, dół w koronkak

wydziwiała w z Zabań Bronka zapatrzona

.

A ten Bronek, ten kędraty,

co pół stówy dziś od taty,

z woja wysed wyposcony,

w Steli śtyry świata strony

widzioł, słysoł tańcujęcy,

on juz takik jak ta więcy nie uwidzi,

nie usłysy, niek sie ściemni,

niek sie ścisy on ty Steli w osobności

przy sposobny sposobności

wyzno miłoś, miłowanie,

oddo serce i Zabanie,

ale ojce te cęś Bronka,

jak im Stela siew koronkak

nie nado,

sprzepisujom, sprzekładajom,

Bronka z nicem wysiudajom

.

Ale Stela o tym nie wie,

w sukni, w szumie, w tym powiewie

ona Bronka berecistę

(na balona klarnecistę)

tuli, pieści, coś mu prawi,

Jasia z Gosią się zostawi,

a my w dwoje, w lasy, w łąki,

na zjednania, na rozłąki

pójdziemy.

 

Noga w nogę, przewinięcie

ni umyślnie, ni potknięcie,

aby bliżej, aby ciaśniej,

póki w zamku coś nie trzaśnie,

a pod zamkiem szpryce, stanik

bez ramiączek, co go pani

za dewizy w wielkim świecie

na ambasadzkie przyjęcie

kupiła

.

Ona wtedy konsulowa

w tym gorsecie, w tamtej tafcie

czarująca odźwierzowa

w cocktail-party pierwszym akcie

gości z bliska, gości z dala,

tych z przymusu, przymus-friendów

jaki gości trala, a la

komisarze, z ważnych landów,

szychy, ryby, yipy, lordy,

diplomatic corpus hordy,

to w asyście, w body-gardzie,

komu pewniej, komu bardziej

dziś się uda na tym party

zagrać w podrobione karty.

Konsulowa, vic-minstrowa,

pierwsza dama generalna,

ta za męża corpus-głowa

w roli swojej idealna,

talię, wcięcie, kreo-krację

to wciągała, to zniżala,

by im potem przez wakacje

w czym służąca szaleć miała.

 

***

Co to była za muzyka,

hosia hosia, łapcie z łyka,

Baba Jaga w łapciak drobi,

raźni w sercu sie ji robi.

W pawilonie zgiołk i ścisk,

jesce nik nikomu w pysk,

jesce jabcok nie musuje,

równo w basak sie basuje.

 

Baba Jaga choć nie hipko,

raźnem okiem wkoło łypko,

dwa gornusie dziś zebrała

grosiwa,

z tego gornuś na msze dała,

a po tacy, po kościele

ni to festyn, ni wesele

poprzez fale Popradowe

mącił, kręcił Jadze głowe

 

Gapie, ludzie, Zawodziany

spodpiyrały płoty, ściany,

cyje panny cyich gości

przysly na ten wygib kości.

Rokenrole, twistu twistu

pośród tafty, falban świstu

Baba Jaga sie cuduje

łapciem w łapciu przytupuje.

 

Ni to Jola, ni Mariola

niescęśliwo krakowianka

pado, leci mu w ramiona

bałamuty-rozkochanka.

 

A on ino w ty wiklinie,

kędy Poprod zdradnie płynie

teroz w twistak, rokenrolak

juz mu świyzso pochnie Jola.

Baba Jaga sie cuduje,

ludzi z miasta nie pojmuje,

ona cało mu sie daje,

a on przy ni ziaje, ziaje.

 

Ino Stela Festynela

ta rozkośno rozkośnica

to stamtela, to zowela

ta tafciano błyskawica

sale w poprzek, sale wzdłuz

przecinała, niós sie kurz,

jeden wygib,jedno zgięcie

co kawołek i co wzięcie

mogła z innem tak zawzięcie,

kieby kciała.

 

Hosia hosia przy bufecie

na stojącko, na lezącko

chłopów zgraja łade gniecie,

kufel w kufel hosia trącko.

 

Baba Jaga kurdebele

ni to festyn, ni wesele

tyz do lady z grajcarami

zdrówko hosia-hoś z chłopami.

Posłoby sie na wygiby,

na przegięcia, przytulanie,

choćby takie pic na niby

z kuflem w kącie pohulanie.

 

***

Festyn, festyn, w piersiak raźni,

pary kłęby w kwaśny łaźni,

wode grzej om, para hucy,

o festynie grzmi i bucy piec-maszyna.

 

Ino lo tyk tam biydoków, lo pasiyrbów przygarniętyk,

lo kaprawyk i korawyk urodzeniem na wiek zmiętyk,

lo berysów i bejdulin z jednem okiem, bez majątku

festyn mijo i przemijo bez nawrotu i pocątku.

 

Oni z cicha po Kicarzy, po pagorkak i dolinkak

krowy pasą, pasą myśli po wertepak i wspominkak

.

Oni kozde w swoi krzywdzie, z zyciem swojem na łańcuchu

bojom siebie sie nawzajem, kozde z cicha w swojem duchu

po swojemu skalicone

.

Franuś-Korpol z jednem okiem,

Pietro z głowom, myśli w bliznach,

Stasek-berys od Łazienek, co odłogiem ojcowizna mu dziś śpiywo.

I Bejdula Smydoscańsko, bez imienia i nazwiska,

co dzieciątko porodziła,

nie zno sprawcy i przezwiska.

Ony se ta obie, obie pastyrecki

zganiają dziś w niebie Boże baranecki,

a jak stół sie Pański zaściele zorzami,

ony przy niem klęknom pomiędzy dusami,

ftóryk sie juz nie boją, krzywda sie spełniła,

co za grzychy ojców ziemie im spiekliła.

Za te sady, ogrody, dwa rogi przychówku,

ftóre ojciec za bezcen wydar na przednówku,

oni to przezyli,jedno z głodu padło,

drugiemu sie w serce wbiło tępe radło

i do dziś wyjąć ni moze.

 

Ale ichnio krzywda z pomstom śwagiernicom

przypiykać zywoty ognistom gromnicom

jesce całe wieki przez zeskłe powieki

pokoleniom bedzie.

 

***

Trabant huczał, podskakiwał, szyby drżaly, silnikjęczał,

potok wodą wierchomniańską po kamieniach w pianach dźwięczał

a redaktor z Aldoniną, ni to żoną, ni boginią w lasu,

w puszczy w to podszycie szedł rozwiośnić swoje życie.

 

Redakcyjne z siebie treści szedł wyśpiewać w grzybobraniu,

z żoną swoją Aldoniną w trzecim pewnie żonobraniu

niósł się dumnie dębom, smrekom,

szedł wypłynąć z siebie rzeką

w nowe wiosny, w nowe fale,

o mu (w trzecim żonobraniu)

żonę-Donnę, żonę-Lalę

wziąć kazały.

 

Jemu lasy, mchy, korony

wyścielały świata strony,

w niej zaś młodość twistem wrzała

i jak zwykle się dąsała,

ze takiego se dziadyge, ze takiego redaktora,

co nie umi z wiarom hulać twistanego rokenrola.

W niej się nieba, ognie, żary

przepalały w słońc ogary,

w nim zaś kwitły cienie, grzyby,

w chwilach wolnych trabant, szyby

ucu pucu, zmiotu zmiotu,

cztery koła wśród gruchotu.

 

A gdy brał ją w sadzoneczki (ktoś by myślał na rozkosze),

t.o wychodził naburmuszon, że nie torby i nie kosze

nazbieralo mu sie snadnie,

jeno dwa maślaki na krzyż, póki nowy deszcz nie spadnie.

 

A gdy Donna raz w bikini gdzieś przyrosła w grzybowisko,

to biegało, w duchu klęło zmordowane mąż-zjawisko,

że mu Donnę, że mu Lalę pewnie w lesie gwałcą drwale.

Ale kiedy ujrzał Donnę pośród grzybów i igliwia,

- musi to być wyobraźnia, że tak trochę dziś wydziwiam - pomyślał.

I grzybową swą wyrękę pocałował w samą... rękę.

W niej wysokooktanowa krew huczała, serce drżało

wiatrem dziwnym, księżycowym pośród kości jej śpiewało,

a gdy brał ją w noc sierpniową - ktoś by myślał - miłośnicę,

kazał zbierać jej wśród rosy na łowienie ryb dżdżownice.

Rzeka Poprad - kąpielica, dozwolone wszerz i wzdłuż,

a on wędkę, żonę, glisty, to mi rozłóż, to mi złóż

i w zacienie, w zakoliszcza tak schłostując wody toń

coraz nową rybę wkładał w rozpaloną Donny dłoń.

Noce, noce się sierpniowe rozgwieżdżały w Nadpopradziu,

rosły słoje i słoiczki na wczasowym wyparadziu,

grzyby, wianki, marynatki, róże, zioła, ucieratki,

ryby, raki i rybitwy wśród patroszeń i wypitwy.

Tak w miesiącu tym jedynym. tym miodowym i poślubnym

mijał Donnie żywot smutny na przetwórstwie grzybo-rybnym.

Jeszcze potem całe wrześnie zrywał piersi Donny we śnie

myśląc, że to borowiki w kapeluszach, tak mu ckliwie

leśne żądze tchnęły nagle w haftów ślubnych wyigliwie.

 

***

Festyn, festyn, w piersiach raźniej,

kłęby pary z kwaśnej łaźni,

wodę grzeją, woda huczy,

o festynie grzmi i buczy piec-maszyna

.

Loteryja, pudło z koca, wędka-snurek, kij z wikliny,

wkoło gawiydź, ścibskie dzieci, śklom sie ocka poprzez miny,

co kto wygroł, co na hocyk goś mu przypioł zatem kocem,

cy naprowde, cy przypodkiem, ze staremu przypod smocek.

Tak tulejki owocowe, cumle, flaski festynowe,

smocki, precle, zaś cumelek,

„a coz to za Felek, co chodzi bez szelek”,

nie róbcie lipy, zbiyrać bude.

 

Ajak słońce nad Kordowcem siadło baniom rozjarzonom,

to z ogrodów, spod strzech ojców wysło wojsko z narzeconom

na muzyki, rokenrole, na swom dole i niedole,

na hosianie, roz sie zyje,

co z przepustki sie uzyje

 

Pódzie z wojskiem w Polske całą

jaz im w piersiak bedzie piało,

kiedy chłopcy, do dnia chłopcy

odwędrują w ten świat obcy.

A kiej pannie nocka minie, światło zycie ji odmieni,

juz nie zgaśnie bojaś w sercu, cy on ze mnom sie ozeni,

a ten smocek, ten cumelek, com wygrała, nie tulejke,

cy go schować, cy go zdłowić na mą dole i udręke.

 

Bedzie włosy darła, bedzie sie ściskała

z brzemiąckiem na plecak, z twardniejącem łonem,

bedzie dusa w lesie z boleści śkwiyrcała,

trzepotać sie bedom myśli oparzone.

Bedzie dźwigać i znosić brzernie za brzemieniem,

jaz sie cosi w ni urwie - prosić Boga w duchu,

a ono sie narodzi małem przemienieniem,

nie do Pon Bóg myślom sparzonem posłuchu.

Dziadek miesiącami nie zyrknie w kołyske,

Kciołby ją skopyrtać do góry kręgami,

ale sie boi, ale ino w zębak przytrzymuje łyzke

i trowi swą krzywde pomiędzy ziobrami.

 

A ono jakby wiedziało, ze dziadek mu nierod,

nie płace, nie wiscy, udaje, ze nyno,

odceko, odlezy, jaz dziodjod, nie pojod,

zakiel matka wróci, głodzik swój przetrzymo.

A za roków ze sześ, jak dziadek zdziadzieje,

jak krzypota mu gnoty przygwoździ do proga,

ono ta dziadkowi spopodpiyro dzieje,

przeprowadzi dziadka od stoga do stoga.

 

Wciągnie sic na kope, cetyne poprawi,

od kur, przepiórzyców zabeśpiecy snopy,

i widzicie dziadku, pytanie postawi,

jako babom pociecha, ze my takie chłopy.

 

* * *

Festyn, festyn, w piersiach raźniej,

pary kłęby z kwaśnej łaźni,

wodę grzeją, woda huczy,

o festynie grzmi i buczy piec-maszyna.

 

Jeno smutne Cyganięta,jak te czarne dwaj jagnięta,

ze Zawodzia próżne bańki, smutne czernią się oczęta,

próżne bańki, próżny skopiec, zaś im krzyże skopie ojciec.

Nie szczęśliwszeż te kocięta

niż wy, czarne Cyganięta,

co bez mleka, bez pieszczoty,

skarbem waszym księżyc złoty.

Baba mleka im nie dała,

bo i kotu żałowała,

poszedł Cygan po smutnicy,

wił się kotek przy spódnicy.

U Cyganów dym się dymi, znoszą dzieci żebraninę,

kocioł bulka, dym osmędza podwędzoną baraninę.

Jeno dwoje tych z Zawodzia, próżne bańki, próżny skopiec,

boją, boją się ogniska, bo im krzyże skopie ojciec.

 

Cyganeczki, Cyganichy, co przy piersi Cyganięta

nucą pieśni, co przez wieki niosła z nimi ziemia święta.

 

Ni Romany, ni Cygany, ni to ludzie, ni przybłędy,

ni wróżbiarki, ni księżniczki, powłóczyste te wyszwędy,

coście tylum szczęście w kartach czy na dłoni wypatrzyły,

gdzie jest wasze szczęście, mili? Macie ule, a gdzie pszczoły?

A w tym ulu, w tej karecie

toboł, szmaty, bet na becie,

w takiej budzie, co na czworo

spało luda szesnaścioro.

Duszno w budzie, krzyp krzypanie,

co ta jutro się dostanie,

śni se Cygan, Cyganeczka,

dycha dziecko kolo dziecka.

 

Na tej łące wydeptanej, ni to łąka, ni pastwisko,

zaś rozdymi się nad ranem nadpopradzkie ich ognisko

i zadźwięczą kolce w uszach i zakwiecą się spódnice,

starsi pójdą tłuc kamienie na kopeczki i kopice.

A ta hołoć, te zuchwalce,

czarne pięty, czarne palce,

siądą z babką przy ognisku

na cygańskim legowisku.

Ona dzieje swoich dziadów poprzez Indie, wojny, lasy

pragnie wnukom zopowiadać, konające wskrzesić czasy,

jak tabory wędrowały przez pół świata, całe wieki,

jak szczęśliwi umierali rozśpiewane mrąc powieki,

a jak potem przyszła wojna, jak Oświęcim zaczął dymić,

jak się w lasach ukrywała polskich Poleś i Wołyni.

A ten kamyk, ten kamyczek w bieli śniegu rozpostarty,

tam spoczywa moje dziecko, los matczyny mój rozdarty,

tam na wiosnę te duszyczki pewnie kwitną jak lilije,

nikt ich śmiercią już nie straszy, nie katrupi i nie bije.

Co wy, babko, bajdurzycie,

nie żebrzecie, nie wróżycie,

bierzcie karty, kolce, fajkę,

skończcie tę cygańską bajkę.

 

Wasze myśli nastyrmane

już na wieki pogrzebane,

wam szanka i marika,

yeś romani bagel gili,

już nie śpiewaj nie płacze,

jeno rzewnie w duchu kwili.

 

Jam nie pierwsza, nie ostatnia gałąź życia odłamana,

co do pustych piersi objęć w pusty świat się budzi z rana.

Przemoc, przemoc jadem z oczu struła we mnie wiarę w ludzi,

nikt skostniałej mej gorączki nie ogrzeje, nie ostudzi.

 

A las śpiewał i wóz śpiewał, w las się toczył powóz czarny,

aż się temu dziwowały dobre, mądre oczy sarny.

Nie wiedziały, że Papusza, ta ich dawna Papuszeńka

przerąbane serce nosi, nawet już się lasu lęka.

I zostaje babka sama, Cyganicha z dziad-pradziada

i przygasa z nią w ognisku nie skończona jej ballada.

 

***

Piec rnamusin przygarbiony, troche scypek, troche słomy

na rozpołki, na rozbłyski, na strzylanie i rozpryski,

drew bukowyk, lasy, lasy, gościom teroz na wywcasy

poskładanyk

.

Nasa Stela, ślafrok w maki, ni to atłas, ni batysty

duła sobą przez falbany wiater dziwny, posuwisty.

Ni to ranne sła gotować mlyka, słody, piany w rondlak,

ni sie ino poparadzić w rannyk zorzak, kwietno flądra.

Pon indzimier z niźnie izby (całuj rącki bez obrącki),

ile razy Stele pocuł pośród rondli kwietne cizby,

zaroz, zaroz, zarosicuś swój rondelek z jednem uchem

tyz dostawioł i kózusek jednem zdmuchem

zgrabnie, śwarnie tak przy Steli, bo sie miało ku niedzieli

ty niedzieli, niedzielnicy pośród fontann, wód Krynicy.

 

Nie trza było iś w noziory, bojuz w jedny ty niedzieli

widać było, cuć wokoło, jak rozpustnie sie ta mieli

ku sobie.

Nie trza było iś w noziory, bo wróci li wniebowzięci,

jaze niebo łyskawice, a w niem pewnie wszyscy święci

grzmieli, grzmieli na rozpuste, Nadpopradzie ciche, puste

schłostuwali powrozami dyscu, gradu, gradobicia,

jakby tom przestrogom świata, Boze odpuś, zywobycia,

nie pożądej, cudzo nie łóż, co nie twoje, to i nie rus,

ucyć kcieli.

 

A oni w tem niebogrzmociu, Boze łodpuś, we dwoicko

Ze to gradem zestrochani zamkli sie wom zarosicko

Nie trz było iś w noziory, na podsłuchy, na domysły

Jaz dopiyro Jaś z Małgosią, kiej ściapane z pola przysły

Im przeskodziuły

 

Ale dzieci jak to dzieci, w to mi leje, w to mi graj.

Co to była za śleboda, żabowiska, gnoje, corki,

piętra, strychy, osie banie, a i Steli przez kochanie

(nase Stele festyniorki)

zywot grzyśny, posuwisty

galopował na ślebodzie przez piwnickie wcasowanie

 

***.

Grzało słońce, grzało żarem rozparzonym,

przy stoliku podjabłonką obrusami zaścielonym

schodzili się goście-państwo

na wysmaki Marnusine, w kostki, w plastry cielęcinę,

paprykarze i rolady, mięso z haka i spod lady,

na wywąchy i zachwyty, przedświtami żywot zryty

Mamusin,

Na jutrzenki w bladych licach, kiedy Matuś-wyrobnica

jak ta kokosz niedospana rozpalała życie z rana.

 

Najpierw szczypki, obrzyneczki i złotawy pobłysk słomy,

potem buki, karły, graby z sękiem-okiem wytrzeszczonym,

co lecęcy z wysokości łamią chłopom skalne kości.

Padł i Tatuś tą ofiarą, noga puchła, ciało mdlało,

płacz z potoka przebolesny wyparyje zgłuszyć chciało.

 

Nigdy te Tatusia nogi nie zaznały słodów ziemi,

nawet gdy się wlókł o kulach i licami stroskanemi

blednął w ścianach.

 

A i ręce, wierne ręce omdlewały w załamaniu

na żywoty krzywdą zryte, co w zesłaniu

w ojcowiznę

(obiecaną anie daną, dziesięć razy sprzekładaną)

wiły, wiły gniazda bólu - przepuklinę wśród niemocy

i cierniami bezratunku wyrastały poprzed oczy.

 

Nie zaznało słodów ziemi sprzetrącane Taty serce

i nie w matki płakał lico, jeno końskiej ostrej derce

spadał rosą na wywłosie zawdziewającją na konia,

gdy na wiatry i wymrozy w pańskie gdzieś podniebne gronia wyjeżdżał.

Potem płużek, obrok, brony, kilof, sztangla dla obrony

na urwiska, rozpadliny, wykamieńce i wydoły

- sidła, sidła w środku ziemi założone przez żywioły.

 

Koni były pokolenia, Baśka z grzywą, matka rodu,

syn jej Siwy - cierpiętnisko wiecznie wjakieś wlazł ciernisko;

z kalekiegojego chodu

znały ci go wrony we mgle, derkę jego obsiadały

i jak czarne żywe węgle nad oraczem śmierć krakały.

Ziemia im się podchlebiała pędrakami w żywych zwojach

i krakała razem z nimi treny w rdzawych skib odkrojach,

ziemia-zdradziel, ziemia-mara,

ziarnem święta wygliniara,

w „Anioł Pański” wymodlona, błyskiem pługa rozświetlona,

z miedzą-murem jak na straży, niech się nikt mych płuc nie waży

rozrywać.

 

A mój Tatuś? Szedł na przekór,

szedł z tą ziemią na spotkania i sterane giął nią ręce,

a ona mu niewdzięcznica darła skórę we wywdzięce

jak wilczyca, krasnolica, nad macochy macoszyca,

chłopską krzywdą napojona, przez poetów uwielbiona,

wyorana do jutrzenki, pozbierma do księżyca

w glinie, w skale, w wykorzeniach ziemia-matka-ciemiężyca.

 

Uśmiercała w swoim wnętrzu słody pszenic, żywokosty,

nawet kiedy z nogą w gipsie z twarzy jej wyjmował osty

mój Tatuś,

nawet kiedy stygły żyły, serce biło w nich brzemiennie

i deski się z drzew zwiezionych uśmiechały doń trumiennie.

 

Nigdy nogi te, przenigdy nie zaczęły dnia rozświtu

bez przyklęku do pacierza, zharowanych rąk rozgrzytu.

Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze,

a mnie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon, Boże wielki.

 

Przybywało w tej niemocy struganiny, podciosywań,

pośród rynien z zewsząd dachów rozeschniętych podśpiewywań.

 

Tak i potok podeparty Tatusiowym wyżłobieniem

ciurczał w rosach Matusieńce melodyjki z przymileniem,

obwąchiwał nowalijki, natkę z marchwi, zgniłe wiśnie,

głowę z ryby w wodnym przyśnie,

aż ją kocie głodne szczęki rozchrabuszczą śród rynienki

podśpiewywań.

 

Znały Matuś moją, znały te przedświty śródlipcowe

koty, kotki i kocury, co się o tę rybią głowę

handryczyły.

 

Znał Ją kogut-zapiewajło, kukuryku-ranyściewy,

wyście gospoś całą nockę, czy dopiero moiściewy

się zdrzemniecie.

Wiedział z Matuś jesion stary, czemu grusza tak miłośnie

wsłuchiwała się w dzięcioła, gdy ją tenże znachor drzewny

W jutrzenkowym skrzydeł półśnie

obejmował, obstukiwał, głową kręcił, głową kiwał.

 

Znał Ją, znał ten wiater polny, niewyspany i powolny,

co przez letnie wyhulanki szedł potokiem od kochanki.

 

Raźniej było nocnym marom, co po chwasty do jutrzenki

kiedy szarość poznawały nachyloną u rynienki

moją Matuś.

 

Znało ci Ją rodne słońce zawsze pierwszą wśród promieni

na rozgrzanie ciała w bryłach odłupanych z głaz-kamieni,

z tych stwardzielin, skrzepów ziemi zgrzytem mięśni wytarganych,

w podmurówki i podwórza na legendę wmurowanych.

Matuś trawę z nich po latach niewyspaną zdarła ręką

na powtórne wysłuchanie śpiewu wody pod rynienką.

Lecz nie płynie i nie śpiewa, w ziemskich znikła gdzieś czeluściach

każąc nowych źródeł szukać i nowego w Poprad ujścia.

Tam w rozstajach wierchów z niebem Tatuś źródla te pozdrawiał,

sam ich słodycz stokroć spijał, „Anioł Pański” w nich odmawiał,

rozżarzone skrapiał mięśnie, ostrze kosy podkrzesywał

i Mamusin placek z blachy jak niebiański chleb spożywał.

Dziś po latach w nowych żyłach ujarzmiona źródlanica

stare twarze rzeźbi chłodem i ujędrnia młode lica,

płynie, płynie spod niebiosów, Tatusiowych łąk, wierchowisk,

aby życiem trysnąć w dole, zwabić gości do kwiatowisk.

Niech się nowe zjadą miasta i uwierzą w dziadka sadzie,

że tam w górach kwitną jutrznie, choć na ziemię mrok się kładzie.

 

Powracajcież do tej wody piwniczanie z krańców świata,

bo to woda jest, co ze krwią ukojenie do żył wplata.

Bywają przeróżne źródliszcza, kaskady

od Rzeki Wawrzyńca do stoków Hellady,

ale od tej jednej dziwny wiater wieje,

ilekroć się łzami dopełniają dzieje.

Prosta jak kolęda, jak Swiatłość na słomie,

przy niej ożywają chlebonośne dłonie

i przy niej zapłaczą, stępieją jak radło,

gdyby chore ziarno do kłosów się wkradło.

O zdrowe zasiewy prosimy Cię,

Panie, na każdym poletku, ogródku i łanie,

a ziarno najzdrowsze, co na skałach wschodzi,

pozwól, niech, o Panie, nam w sercach obrodzi.

 

* * *

U Lojzego w tym ogrodzie śliwy źrały, potok szumiał,

ogród w kwieciu się lipcowym najkwieciściej tak jak umiał

słał na wzgórzu.

 

A na skrawku przy potoku ni to łąka, ni kępisko

dziadek Gondek poprzez zieleń łapał echa, co klepisko

zza Barańskiej gdzieś jabłoni błyskiem młotka w Taty dłoni

różańcami ech-uderzeń pośród kosy cierpkich zwierzeń

słało w ciszę ogrodową poprzez zieleń szmaragdową.

Na te łąki, na koszenia, na pot rosą osłodzony,

na paciorki, co po ciele w zaświat cichy, pokoszony

spływały.

Dziadek Gondek już nie kosi, starość w kościach wiernie nosi

przez te skrawki, okrajecki, co adwokat gdzieś sądecki

kosił, zdzierał, siał chwaściwo, aby dłużej, aby mściwo.

Takoż Gondek zasłuchany w pomruk krowy, śpiew potoka

pieścił wzrokiem dziadków sadek, topił myśli gdzieś w obłokach

i półdniami wędrujęcy to po ziemi, to po niebie

stare myśli składał w duchu, coś przygarniał, coś odsuwał

i zaś tulił się do siebie, myślał o nich, o nich myślał.

 

Jak za wody wędrowali Tomki, Wojtki i Jędrzeje,

jak im wiater w obcej ziemi wykrzesywał z biedy dzieje,

co ścieżkami i skrawkami poprzez ary i hektary

rosły, grzęzły w trzęsawiskach, podcinały w sercach wiary,

ale parli, ziemię darli, w skalistościach głodne ręce,

przez opary i duszności, gdzie mordęga przy mordędze

ojczyźniany sen beskidzki, sen odległy beskidziany

dała rąbać żywcem w jawie i do własnej wbić go ściany.

 

Ze to moje, wiis te ręce, cent do centa przystulany,

śtyry węgla i konicek co świt do dnia zaprzągany

na rozwozy, na przewozy, węgle, śtreki i przykopy,

jaz na tego forejnera z dziwem klęli swoje chłopy.

 

A on w noce i poranki przez rozświty i rozgwiazdy

rąbał, rąbał sen beskidzki, brał go, brał go w ręce gazdy.

Scieżki, skrawki, ary, ary rozrastały się w hektary,

szczepki, drzewka, sadzenina, smreki, sosny, sadzoneczki

przystrajały cztery węgła; jawą,jawą się dzwoneczki

trzęsły w trawach, drżały w wietrze,

gdy zdmuchiwał z zewsząd świata te oddechy, to powietrze,

co Tomowe polskie płuca dęło, wiało niezjednaniem,

a on brał je w chłopskie dłonie i pod gruszą kładł się na nim.

Ni to w chłodzie, ni w ciemnicy, w rozparzonej zielenicy

chwilę jedną, chwil do garści, brał w objęcia, brał ją w zęby

jak tę trawę, koniczynkę, jak ten listek, co mu dęby

w jego własny sad strącały, żuł, przetrawiał,

myśli składał, jakieś zdrowaś w nich odmawiał.

 

Podźcie tato, wiecerzanie, mama ceko, wiecerz chłódnie,

dziś niedziela, nie bocycie? Wyście cale popołudnie..

.

Amil parę, koń to powie, wody, wody w Niagarowie

siklawami i spadami, wody wielkiej odbryzgami

topieliły oczy świata.

A Tom? Nie chciał, nie czuł, nie mógł,

aż się wreszcie, dał się przebóg

namówić.

Chłopcy piali w wodnej bieli, radość, radość swąw topieli.

Aż tu tata jak grom z nieba: zbiyrać, końcyć te wyszwędy

Wio, jadyma juz do chołpy, ani pary mi tu z gęby.

 

I powracał w swoje progi, cent do centa przystulany.

 

Światy obok przemijały, gdzieś ojczyzny kwitły w dali,

jakiś nowy statek w Gdyni śród bałtyckiej smętnej fali,

tamte perły Dunajcowe, Popradowe srebrne łuski

chciał dołożyć i dowiązać do tułaczej ich oktuski.

 

 

Dziś go dzieci wspominajom w ameryckom wrosłe ziemie,

jak to kańsi za cysorzów Tom-parobek przeniós plemie

rusiniackie, po-bukoskie, z pół Piwnicne spokrewnione

w jednem małem kuferecku i papiyry podrobione.

Jak z roboty przychodzęcy wiysoł kabot na swem kołku,

broł po dziecku i w podołku

cosi septol, obiecuwoł, potem zwolna się rozzuwoł,

nogi lzały, zor wypływoł, Tom z kredensa wydobywoł

bez kieluska flasecusie, trzy gulgnięcia, lepsi cuł sie

i choć hołoć wiecerzała, zawdy jesce doł ukąsić

i wąsiska oklapnięte w góre świyzo mu wywąsić.

 

Listy z kraju przychodziły, znaczki, króle sie zmieniały,

a on milczał, milczał w sobie niepiśmienny, oniemiały.

Bał się, bał się Tom powrotów, ni czytaty, ni pisaty,

ten podwójny chłop-forej ner, co historia go na straty

raz na polskiej, raz na obcej zaksięgować chciała ziemi,

darł się, drapał, wrastał w skały aż do własnych gdzieś korzeni.

 

*

Dziadulinciok go zwali, dzie mu hań Ameryka,

z wysług na wysługi, wiecne popychadło,

ściskało go w garle, trzęsła mu się grdyka, kie inni jechali.

W nie zorane myśli wbijało sie radło

i sioł beznadzieje na ojcyźniane niepowroty.

Madziarecka Ilonka, sprzedane majątki na wody, bałwany, topiele, celuście.

Pozwijane kłębuska, scałowane kątki na nowy pocątek w śtyry rogi w chuście.

Sługowala u Żyda, darła do białości podłogi, przydźwierza, schodzisca, zakręty,

pośród rozgwiazd, rozświtów, na cco bladyk mdłości na swój pularysik nadzieją wypięty.

Potem mieli karcme, to scęście w niescęściu,

chłop zmarnioł z pijaństwa, została sie sama,

umarła i ona przy sóstem pocęciu

ta niescęsno Ewa. Zatrzaśnięto brama.

Chodzali do bejkery, brali polski chlebuś,

przeplatańce, kajzerki, zawijańce, kukiolki,

krzyzem świętem, błyśnięciem, piętka tacie, to nie rus,

z obrozów sie schodziły strózane aniołki

i wiecerzały z niemi.

I muśnięciem skrzydeł lulaj lulajęcy odganiały parności,

lekcy było dychać, tata ni sie modli, ni to jeno klęcy,

serce w niem przycichło i septu nie słychać.

A on usnął... stąpił na niebiosa... i usnął.

Przyjechoł z ojcyzny popaniaty, biylutki,

siostra mu sie puściła, zostol som w chorobie,

bulke tartom tyźniami, ni mioł nawet trutki,

tulił swom samotnoś w przygarniętem grobie.

 

Była panna Mariola, kwiat rózany we wiośnie,

za piniądze żeniacka, papiyr upragniony,

a w ni teroz załoś skowyce załośnie

i zywot sie wlece dziwnie udziwniony.

Światy wkoło rosły, dzieci sie rodziły,

siostry zrękowiny, wesela, komunie,

a w ni myśli-siyrotki w kłębek sie schodziły,

ale fto ją zrozumi.

Packi przecie sły.

Panna Wiola z eksportu, kontrahenci, oferty,

teroz nóg nie cuje, pół dnia i pół nocy,

pore słów zmarzniętyk wklyjo do koperty z nadzieją,

ze dojdzie, nie skradnom. „Zegnajcie, całuję, znów jest po północy”.

I kiej dziś po latak patrze na wos tułacy

z piecęciom na stałe, z wizom w kartoniku,

z nadziejom, ze świat tam się wom przeinacy,

ścisko mie pod sercem, ścisko do przeniku,

bo wiem, ze jedziecie (piyrse długie roki) na zgryzoty,

tęsknice, co jo se tam pocne,

na piyrse płochliwe w obcem kurzu kroki,

na zmiany, godziny w mordęgi całonocne przywdzione.

Jedziecie na rozświty, rozgwiozdy, nadzieje,

kątem w obcy izbie, kiej ze tajuz pódom,

nadziejom, nadziejom spodpiyrane dzieje,

powierzone w dali jasnogórskim cudom.

Matka Boska w kołniyrzu, obrozek w paśporcie,

dzieci zestrochane, światy obce w dali,

tak z portu do portu, by w końcowem porcie

patrzęcy w Atlantyk ku wiślany fali sie zaniyś.

O Matko Bolesna, skalicone lico,

Niś Ty nom Królowom, niś Ty Męcennicom,

o pomóz Matuchno do ojcyzny wracać

i zmysłów zwątpionyk w świecie nie postracać.

Na Gromnicnom nos przywróć, na majówki śpiewne,

na Matki Zielone, Zielne, Kwietne, Siewne

i pozwól nom, pozwól do ojcyzny wracać,

coby zmysłów tęsknyk w świecie nie postracać.

 

Dałaś nom Pastyrza, Pielgrzym nad Pielgrzymy,

On sie ta nie skarzy, serce w Niem pęcnieje,

co On se pomyśli, pomyślijmy i my,

kiej we Watykanie ranny kogut pieje.

 

 

Moi Matuś Matusieńce

 

Progło mi sie, Matuś, juz od downych lot

wyznać i wypisać idęcy przez świat,

ześ mi nojpiykniejsem słońcem na ty ziemi,

co skróś spiekot i mrozów promienie jasnemi

przyoblyko sod,

drzewko za drzeweckiem, za kwioteckiem kwiat,

nawet jarzębine do wiysania smat.

 

Co byjo nie dała, dzie byjo nie posła,

zebym se na nowo tak przy Tobie rosła,

choćby dyscyk smyrzoł, choćby chlusło gradem,

siadłyby my se obie tak na siebie rade

na ty ławie, co Tatuś ją w zime wystrugoł,

nim za miedze niebieskoą wysłuzonem sługom

się zabroł.

Zostawił majątki, młaki, przykupidła,

wziął pamięć po Tobie, pore wiór z kropidła.

Ale my sie syćka spotkomy.

 

Kciałam Ci, Mamusiu, juz w niejednem kraju

wyznać, ze podniebie podobne do raju

jes jeno tam, pośród tyf zorośli,

dzie my we troicko poprzy Tobie rośli,

brat jeden, dwie siostry,

niepomni na osty,

boś Ty była z nami.

 

A teroz juz drugie pieścis pokolenie,

wyplatos wiersyki i przędzies plecienie,

kółecko sie kręci, niebo Ci sie święci,

boś święto na ziemi.

 

Nie darmo Ci dali Anna z kalendorza,

dzieś Jom pomne z obrozka, a moze z ołtorza:

chuścinka na coło, narzutka żydoska,

twarzom w twarz - Córecka, w cieple oców troska,

tak Tobie podobna dwa tysiące lat temu.

Prognęłam Ci, Matuś, juz w niejednem drzewie

tablicke wyrzeźbić, ptoskom poddać w śpiywie,

ze takom Matusie, ćwiru-ćwiru, pio-pio, pio-pio,

mom jo ci w oddali, ocka za Niom moknom.

 

A kiej zol wypiukom, źrenicki przepłukom

w cieniu jarzębiny, downe pierzyncyny

przewietrze, przetrzepie Tomkowe piernatki

Tobom wygrzywane, sercem babcie-matki.

 

 

Kciałam Ci, Mamusiu, w niejedny kaplicce

złozyć dziękowanie, rozcałuwać lice

obrozkom, figurkom, okrwawionem stopom,

ze mi zywot przypod, przypod mi on z Tobom.

 

Mojoą jarzębiną wiater wiecnie targo,

nie myś se, Mamusiu, ze to wiersyk-skarga.

Tyś przecie siyrotką posła na wysługi,

dziecięctwo kalikie, po mamusi smugi

na sercu, na ockaf, jaz cięzko powiecki

wodziły owiecki

na Twy piyrsy słuzbie.

A potem if było, słuzbów całe księgi,

zyły Ci pęcniały, wiązały sie w pręgi,

a kiej my po lataf w te ręke „Niech będzie...”,

cujemy, jak nom w słuzbie nojwierniejsy przędzie

syćkie wełny świata, angory, angorki,

niebu gwioździstemu jeno równe wzorki.

 

Mojom jarzębinom wiater wiecnie targo,

nie myś se, Mamusiu, ze to wiersyk - skarga.

Nie pomne jo Babcie, na Jyj grobie ściyzka,

wiater po smentorzu wspomnieniami ciska,

bo tak bym se progła,

by w choć jeden listopad

Wiersyk ten, nie skarga,

Babcinyf stóp dopod

i za Mame dziękuwoł.

 

Diaboł na jarmaku

 

W Starem Sącu na jarmaku

tońcył diaboł w cornem fraku,

tu podkusi, tam podkusi,

tu ukradnie, tam zadusi,

tu rozwali, tam przydepce,

tu wygryzie, tam wychłepce,

babie mlyko zmienił w wode,

chłopu w portkaf zrobiuł skode,

krowe rozgziuł, krowa kopie,

mlyko swoje z wiadra złopie,

i w pókoskak potarmosiuł,

dwa koguty okokosiuł,

a kokoski zmieniuł w kwoki,

zrozwiązuwoł ptactwu troki.

 

Niek to diabli tego diabła,

baba z jojkiem w wozie siadła,

telo światu my zjechali,

o północy powstawali,

zeby cłowiek zajarmacył,

a on syćko przeinacyl.

 

Potla dotla tak busowoł,

wpod do karcmy, z chłopstwem przepiuł,

jaz mu ftosi wytusowoł

kartke z diobłem i przycepiuł.

 

Ludzie widzą, diaboł, niepeć,

krzyzem świętem sie zegnają,

przepędź, Boze, diabła, przepędź,

do klośtoru diabła gnają.

 

Cornoksięznik mury pocuł,

widok krzyza go zamrocył,

juz Klaryski świętą wode

niesą diabłu na ochłode.

 

Diabłem strzepła corno febra

i napręzoł w sobie ziobra,

w ogon zegnoł syćkie moce,

abo zgine, abo skoce,

i w powietrze wzbiuł sie cały,

jaz dewotki, co wrzescały,

ścichły, zbladły, pazdrawice,

włośnie mijoł Biegonice,

jak go dzieci z ziemi palcem

wypatrzyły nad Dunajcem.

 

Wyląduwał cały, zdrowy,

jeno mokry do połowy,

w Nowem Szącu, w ty dzielnicy,

co się Piekłem (po wstydnicy)

zwie do dzisiok.

 

Odpust w Piwnicny

 

Walą goście z Żegiestowa, walą z Pieworówki,

wystrojony mały wielki od krawata do snurówki.

 

Po kaplickaf świyze kwiotki, murki wybiylone,

w stajni bydło odpocywo do dnia napasione.

 

Placki z makiem, ze śliwami, jaze skrzynie trzescą

I piyrogi we dwóf rondlaf z ledwościom sie miescą.

 

Śmietonecka roz lo siebie, nie lo wcasowiców

i w kredensie ze trzy rzędy róźnyf śliwowiców.

 

Dzieci, wnucki wyiskane, wionecki na głowie

i od pańskif sie nie róźnio, telo ze po mowie.

 

Zaś w kosyckaf udeptane maki i bławatki

i w torebce troche gorsyf, troche na dokłodki.

 

Święty, święty, święty, posypie sie kwiecie,

jaz go tydzień późni kościelny zamiecie.

 

Dzwony biją, dzwonki dzwonią, ludziska sie tłocą,

nad monstrancjom juz baldachim, promienie sie złocą.

 

Las śtandarów i obrazów, gorsety sie mienią

I od śpiywu co siuł w piersiaf gęby sie cerwienią.

 

Księzy obcyf najechało, jesce spowiadają,

a juz drugie przy balaskaf kumunie rozdają.

 

Rząd pośrodku, rzędy w nawach, chór przejął śpiywanie,

w duchu księdza ludzie kwolą za piykne kozanie.

 

Hojne dary na ochfiare, same papiyrzane,

z odpustowe portmonetki scyrze odmiyrzane.

 

Ministranty wystrzyzone w bieli przy balaskak

bedą piyrse nadgrodzone w odpustaf i łaskaf.

 

„Przed tak Wielgiem Sakramentem” słychać po miastecku,

cicho, cicho, juz sie końcy, sepce matka dziecku.

 

Juz śpiywajo „Niechaj będzie”, ksiądz bierze kropidło

i niejedny chluśnie pannie wprost na malowidło.

 

A na rynku juz kramorze nadstawiają kasy,

tu serduska, tam rózańce, przeróźne frykasy.

 

Koguciki, baloniki, wiatracki barwione,

lusterecka z Brygitte Bardot i Alain Delonem.

 

Brązki, spinki, branzoletki Jaś Kasi wybiyro,

Bo z daleka jak prowdziwe, jak od jubilera.

 

Zaś ponizy ogórcanka, ogórki sie końcą,

okradzione dwie babiny zapłakane jojcą.

 

Lody w prawo, lody w lewo, a coroz to miejse,

bo dziś ciepło klijentela, no i dobre miejsce.

 

Za kramami karuzela, furgają nelony,

panny wiscą, krzycą, a Jasiek zielony.

 

Ale nowi juz na ziemi ryktują piniądze

i fto piyrsy i fto prędzy krzesołka dosiądzie.
 

Kupno, sprzedoj i dzier-zawy, chłopstwo pod kaśtany,

w ruch języki i kontrachty i juz dług oddany.

 

Po południu po ogrodaf odpust dogorywo

i piyrogów, buchtów ze skrzyń powoli ubywo.

 

Śliw do torby, gruski lecą, na niebie sie chmurzy,

goście gości zachęcają, posiedźcie ta dłuzy.

 

Ale dyscyk pokrapuje, moze sypnąć gradem

i kciałoby sie posiedzieć, ale nie do rady.

 

Bądźcie zdrowi i Bóg zapłać za taką gościne,

Ale trza nom do pociągu, bojuz za godzine.

 

Ciotka swoka, swok stryjenke, puście nos ta, puście,

Bo sie przecie uwidzema u nos na odpuście.

 

Zogrody

 

Sumi Poprod w dole, nad niem sum grabiny,

W środku wioski pięć chołp na krzyz, chołpecka Dziedziny.

 

Śtudyruje Jon Dziedzina cebrzyki, balije,

zhyblowanyf wiórek zospa przed oknem sie wije.

 

A w nik pewnie moja matuś, Hania Dziedzinusia,

Patrzy, jakie to cejcości spod ręki tatusia

 

na świat pódą, świat zwędrują, poprzez całe wieki,

krople wody nie przepuscą, nicem te powieki światła

 

co styrane w zor majowy zgasą tacie słonko

na drzymotke, na godzinke. W oknie za przysłonkom

 

miyrty, krzoki, krakowioki stojęcy na warcie

bedą śtrufać hołoć w wióraf za krzyki i darcie.

 

A Julecka, starso siostra, rodem z piyrse matki,

śmigło w pasie, cięto w rękaf, włośnie gorse smatki

 

z dziadkowego rzeźbionego podejmuje kołka,

bo zimioków dziś sadzenie w dolinie Na Dołkak.

 

Zyd ją prosiuł, zacny Chajem, sinkwas, sklep, mecyje,

naokoło świat żydoski, choć to kiejsi było cyje,

 

było, ludzkie, katolickie, gazda syćko przepiuł,

jesce trumne zborgowaną pewnie mu Zyd zlepiuł.

 

Chajem idzie, pejsy dyndo, w chołpie Brejda choro,

ale za to wzioł ze sobom dzieci ze seścioro.

 

Chafke, Frajde, Hanke, Milke, Tolbe, Joska, nasą Julke,

Abrahama, Chajem, Chajem, nie chodź środkiem, jeno krajem.

 

Julcia śmigo rząd przy rzędzie, Chajem z dziećmi juz sie grzędzie przypatruje, oj -oj eju, przyjdziesz Julciu na wykopki, a ja gruszek ze dwie kopki, dam ci mąki, dam oleju,

jak urodzaj mi się uda, oj-oj eju.

 

Sołtys z Julciom figle stroi, ale dziopa sie nie boi,

na co Chajem: chichu-chichu, tyś do pracy i do śmichu.

A ta jabłoń, co przed wami, co mojemi ogrodami,

to se Julciu, jak obrodzi (jak obrodzi, ach te kosze),

z waszem tatem, z panią matką zebrać proszę.

 

I tak mijoł rok po roku, siabas, piątki, Wielganoce,

my podpłomyk, oni mace, my oktuski, derki, koce.

A i im piernaty, pióra wojna wzięła, świat, wichura.

A w ty chołpie drógi krajem opleciony, zieleniną juz nie Chajem

i nie Josek z Chafciom, Ryfciom swom niebogom,

jeno inni swą niedole ścielą rzykom, ścielą drogom.

Brejdzie Poprod śród Kiyrkowa psalmy śpiywo i od nowa

wznosi modły, Borownice, krzyz przy krzyzu, kaplicusie

nie żydoskie i nieludzkie, połemkoskie i porusie,

jeno syćko w Bogu Panu dojednego pola-łanu;

jeden ogród, jedna maca,

sen niebieski, sen podziemny wspomnieniami dziś przewraca.

 

Piwnicańskie Żydy

 

Piwnicańskie Żydy, byliście, nie byli,

prześli przez te ziemie, wykurzył wos wiater,

zostało dziś po wos pore staryf willi,

dwa kamienie na krzyz, trzeci na ser-mater

na Kirkowie.

 

Kaście sie podzieli, ki wom wiater śpiywo,

moze hamerycki, moze z cicha polski,

moze niejednego zieleń przyokrywo,

a co ponieftóry z cicha Talmud boski

składa na dobranoc.

 

Piwnicańskie Żydy, te corne lelije,

z habitem po kostki, smutnem cłowieceństwem,

jaki los wom dzisiok długie pejsy wije,

jakie ziemie nowem, cichem pokrewieństwem,

zeście sie przyonacyli.

 

A kiej na zwalone patrze kaźnie ciała,

na zywot w śkielecie i śkielet w zywocie,

na boleś, co w ludziaf bezkreśnie wiscala,

jaz sie spopieluły te ludzkie paprocie,

 

Kiej dziś poprzez zycie na śmierć if tamtą patrze,

prose Boga w duchu, prose poniewcasie,

zeby Piwnicańskif nie doł mi wypatrzeć

Zydów Chaimów, Aronów, zeby w tem nieludzkiem casie

if zginione godziny hań sie nie dopatrzeć.

 

Baba Jaga na odpuście

 

Jak to dobrze, słonko świyci z niebnego kobierca,

bo dziś odpust na Łomnicy Nojświętszego serca.

 

Przed chołpami do słonecka plecienie warkocy,

błysco w słonku sie cekiny, jaze razi w ocy.

 

Ludzie z dalsa jak kwiotecki pno sie na Łomnice,

co piykniejse dziś chustecki, co lepse spodnice.

 

Nawet sama Baba Jaga mo dziś lepse smaty

i torebke, a nie plecok, przedwojenne daty.

 

I co prędzy, by do Krzyza, kozdy drze jak umie,

aby wiernie ucestnicyć w odpustowy sumie,

 

A od Krzyza dwie doliny na dwie piykne strony,

W jedny odpust i Łomnica, w drugi bijo dzwony

do kościoła Marii Panny na msze o jedynosty.

 

Baba Jaga w dyrdy do wsi piyrso rano hipko,

poprzez miedze i ogrody na gościeniec łypko.

 

Kramy rzędem kolorowe, kramorki brzuchate

znad cukierków pędzom osy i ćmiele kosmate.

 

Baba Jaga z hołociarniom oblygają kramy,

a nobardzi piyrsy z brzega od wejściowe bramy.

Bo w niem siarka, proch, strzylanie, jaze w usaf trzescy,

a przy bramie wystrasone małe dziecko wrzescy.

 

Krzesnoojciec dziecko bierze, łzy ociyro rękom

i dalejze matki sukać z Spod Wiyrchów stryjenkom.

 

A matula reście dzieci kupuje rózańce

i do ręki, zeby zagryź, słodkie przeplatańce.

 

I za bramom przy kościele siadajo pokotem,

ale ni ma jak sie modlić, taki zgiołk za płotem.

 

A tu schody zatrzescały i głośno z ambony

„Niechaj bedzie pokfolony” sie rozlygo (nie przez mikrofony).

 

Baba Jaga tyz przyklękła, księdzu przytakuje

i na skąpyf a bogatyf w duchu nalatuje.

 

Do spowiedzi dziś nie pódzie, kramy zbytnio kuso,

ona biydno, to i tak w niebie zająć sie niom muso.

 

Za pazuchom mo grosiwo w chustecce od nosa,

ale miyrzy kościelnego i tace z ukosa.

 

Boć to skoda cisnąć grosem księdzu na ochfiare,

Cheba zeby przyjąć kcieli kradziony zegarek.

 

 

Po kozaniu procesyjo, dusno od noroda,

opleciony kościół ludem, z wieże po ogrodaf

 

sieje dzwonów wielgie bicie, głosów zawodzenie

na nojdłuzse odpustowe grzychów odpuscenie.

 

A po sumie raj na ziemi, kramy oblęzone,

jaz kramorki odpychajo ludzi najeżone.

 

Bo co drugi to sie gapi i nic nie kupuje

i powietrze wkoło kramu niejednemu psuje.

 

Baba Jaga w kozdem kramie coś na lewo zwinie

i na słodkiem łabudaniu niedziela ji minie.

 

A pod wiecór poprzez pola, koło kwaśne wody

wraco sobie Baba Jaga po całem dniu skody.

 

A tu chłopcy łap za torbe i juz jes po skarbie,

Mało jesce Babie Jadze nie dali po garbie.

 

I głośno sie z Baby śmiejo, niek sie Baba ucy,

Ze jak pani nom godała „kradzione nie tucy”

Baba Jaga na pocieche złe myśli odtrąco,

bo na odpust sie za tydzień wybiyro do Sąca.

 

Do Starego, do Nowego, Grybów, Kalwaryje,

telo mego, co se w odpust na świecie uzyje.

 

Z cyklu „Dopiski do kolęd”

 

             Do sopy

(na melodię Do szopy hej pasterze”)

 

Do sopy, hej do sopki pośpiyso dzieci rząd,

bo w złóbku na sionecku Pon Jezus lezy som.

 

Gembusie mu ozloco nojwiękso spośród gwiazd,

co Betlejem wyróźnio ze syćkik w świecie miast.

 

Pon rącki do osiołka wyciągo,jakby kcioł,

by osioł sie pogłoskać po cieplyk usak dol.

 

A osioł,jak to osioł, wciąz ciepłom pare dmie

i patrzy,jak Jezusek uśmiycho sic we śnie.

 

Ponizy dwa baranki z zakwytu: me, me, me,

i kozdy na Jezuska poduchać troche kce.

 

A osioł, jak to osioł, na kwinte spuścił nos,

ze on Dzieciątko uśpił, a tamci se na głos.

 

Wtem ptosek jemiołuska zaglądo w stajni próg

i ocom swem nie wierzy, zew biydzie lezy Bóg.

 

Więc trele mu wyciągo, co w piórkak starcy sil

nie wiedząc, ze co ino Pon Jezus uśpion był.

 

Pon Jezus sic przebudził i rącynom przez zlób

zaproso dwa baranki do zimnyk swoik stóp.

 

Baranki wniebowzięte, ze Panu grzejom świat,

patrzoin sic, ze i ptosek do stóp sic złobu skradł.

 

I zgodnie pomekujom, i osioł tyz im w takt,

a w staj ni niyzek prósy poprzez dziurawy dach.

 

Lec ptosków coroz więcy, wnet załotały dach,

w pastyrzy jakby radoś, a moze wstąpił strach.

 

Boj akze w to uwierzyć, ze u Dziecięcia stóp

na ocak ik sie dzieje ten piyrsy w świecie cud.

 

        Górolsko republika

 

(na melodię Malućki, malućki kieby rękawicka”)

Pamięci płk. Antoniego Duszy

 

Roz siej anioł naj anioła uskorzoł do Boga

ze po wode go do raju, a boli go noga,

ze skrzydło se okalicyi, rumatyz go łomie

i zoden go w niebnym pułku zrozumieć nie umnie.

 

Bo on mowe troche innom zachowoł z pradziada,

a serafin rodem z miasta po pańskiemu gada,

za nim wojsko, regimenta, syćka same pany,

juz mi lepi hań na ziemi, choćbyk zakopany.

 

Pon Bóg siucho, brode gładzi, tyz na ziemi bywoł

i niej edny sie gród ludzi biydzie przysiuchiwoł,

i pomy1oł: sie nie godzi, górol w Watykanie,

niek se związek w niebie zawrom zmarli Podholanie.

 

I Jambrozy piyrsy zacął spis góroli w niebie,

a na piyrsym miejscu spisol, mo sie wiedzieć, siebie

i Jagniyski, Jagustynki, zeby było więcy

pod literom „Jot” i „A” pisoł cyganięcy.

 

Syćkie Jędrki i Andrzeje, Janielcie, Aniele

po dwa razy zapisane, zeby było wiele,

długom łiste na dwie mile niesom Panu Bogu,

Pon Bóg niebo im wydzielił, co stało w odłogu.

 

A górole pracowite, ręce za narzędzie

wyrobiły ugór w orne, zieleni sie wsędzie

i piywaniern, sumem wiatru zrobili rnuzyke,

co górolskom im tam w niebie sławi republike

.

   Rozmyślania u żłóbka

 

(Lechowi Wałęsie – stan wojenny 1981)

 

Leży wśród stajenki w objęciach Panienki

jako w bieli brzózki bezsilność trumienki.

 

Odłamana rączyna, odszczypany nosek,

nóżki głodem kruche, zdrętwiałe i bose.

 

Pastuszkowie smutni, królowie okrutni,

anieli coś z cicha na złamanej lutni

brzdąkają.

 

Miasta dziwne wdali, Betlejemy, ogrody,

źródła bolejące wśród pojmanej wody.

 

Miasta dziwne w dali, Betlejemy, stolice,

ludzie zdruzgotani i w oknach gromnice.

 

Pastuszkowie miii, nie marnujcie chwili,

uciekajcie w nie-dom, skąd-ście nie przybyli.

 

Ja poproszę wiatry, wezwę dujawice,

by ślady zatarły poprzez śnieg-łzawice.

 

Matko nasza, Matko, Ty nasza Osłodo,

tak młodo Nieszczęsna i Bolesna młodo!

 

Nie maci nam dzisiaj na ziemi zakątka

jak nie u stóp drżących Twojego Dzieciątka.

 

Grudzień 1981. Stan wojenny

 

Locego źle

(na melodię „Do szopy hej pasterze „)

                                                  „Czemuż płacze mój Maluśki, płacze Sokolik?

                                                  Odgaduje moje serce, co Go tak boli.”

                                                 Siostra Nulla (Lucyna Westwalewiczówna)

 

Zmarznięto Siostra Nulla w rącyny chu, chu, chu,

ostanie kładzie skrowki piwnicańskiego mchu.

 

Juz złóbek zyć zacyno, dzwonecki tyr, tyr, tyr,

pastyrze niesom Panu nojświzsy bioły syr.

 

Lec nifto nic nie godo, z przejęcia brak im słów,

kapluse w gorzci gnietom, co z kornyk zdjęli głów.

 

Baranki sie pastyrzom pokotem gnom do stóp,

coby im strzygli wełne i Panu słali zlób.

 

I trusie przysły polne, modlęcy strosom sierś,

i piórka swoje Panu zmarznięto skubie gęś.

 

Pającek od powały srebrzystom spusco nić,

z ftore to dwie biedronki kłębuska bedom wić.

 

Lecjakiś smętek dziwny nie schodzi Panu z lic,

jakby Go nic nie grzoło i nie ciesyło nic.

 

I świyrcki dziwne w ockak, kiej patrzy na ten świat,

bo w ludziak serc nie widzi, choć tyle zyjom lat.

 

Jedlicki sypiom igły i smreki cuby gnom,

a Panu dali zimno i kwarde złobu dno.

 

Osiołek z cieląteckiem u proga tyz se lyg

ciepłom parom z gęby ogrzywo Panu śniyg.

 

I jakiś smętek dziwny nie schodzi Panu z lic,

jakby Go nic nie grzoło i nie ciesyło nic.

 

I o tym Onajedna, Matula Pana wie,

bo kie Jezusik przysnął w swym piyrsym ziemskim śnie,

 

Ona po Bartłomieja, starego bace śle

sepce mu do ucha: lotego Panu źle,

 

lotego dziwny smętek nie schodzi Panu z lic,

ze cłowiek lo cłowieka nie znacy dzisiok nic

.

U zlóbecka

(na melodię „Jezus malusieńki „)

 

Stoi Jagulina u złóbecka w progu,

Izyji cieknom, smutno w sercu, ze tak zimno Bogu.

A złóbek przepiykny, gwiozda nad niem świeci,

wkoło złóbka zapatrzone piwnicańskie dzieci.

 

Jezus jak perełka,jak sama ta gwiazda

patrzy w niebo, patrzy grzecnie, bo tamjes Bóg-Gazda

i łezki nie puści, scęściem promienieje,

choć wiy dobrze, ze na świecie źle, oj źle sic dzieje.

 

Przysed ksiądz Uryga, dzieciska pogłaskał,

niek ta spadnie z betlejemskie gwiozdy na nik łaska,

A dzieciska grzecne, w Boga zapatrzone

podziwiajom skromne dary Bogu przyniesione:

syr kwardy oscypek, osołecke masła

i pod głowe troche wełny, dwa górolskie krzasła,

coby święty Józef i Matka z przejęciem

mogli końduś na siedzącko ciesyć sic Dziecięciem

.

Z cyklu „Za piski stewardesy”

 

Babcia w tranzycie przez Londyn

 

Stoi babcia, chustka w kwiotki, trzymo sie poręcy,

rozglądo sic znerwowano, z myślami sie dręcy.

Fto ta sie tu za mnom wstawi, jak jo ani słowa.

A tu przecie me podróze dopiyro połowa.

 

Jo podchodze, po nasemu grzecnie babcie informuje,

ona na to: jak to dobrze, juz sie raźni cuje.

Na pytania oficera z końca do pocątku,

jaz noreście, ze na miesiąc kciałaby piecątke.

Bo jo przecie, prose panie, wiycie, jes rolnicka,

idzie wiosna, z niom robota, nie posiedzis nic ta.

Syn w kopalni, syn we wojsku, dwa sie jesce ucą,

za trzy tyźnie musem wracać, o ile mie puscą.

Bo rodzina tam w Sikago to Amerykany

i ta przeciejes ik troche tu i tam rozsianyk.

(Jo by pani tak ze stówke dała po kryjomu,

ale moze tu te polskie nie trzebne nikomu).

 

Alez babciu, bez zapłaty, my z tyk samyk stron,

jak pómogom cały Polsce, pómoge i wom.

 

Na to syćko pon oficer zamknął dokumenta,

jeden paśport, jeden bilet i kartecka zmięta

I do babcie ze współcuciem: Takie to jes zycie,

wyście, babciu, w zły kolejce, bo wyście w tranzycie.

 

Wzieli babcie do tranzytu, autobus sie kręci,

babcia zaś w panike wpadła, pomózcie mi święci.

 

Na siofera corniatego co troche spoziyro,

Bo jak jedzie, a przystanie, dech w babci zapiyro.

 

Jaz noreście przyhamowoł, ze to juz wysiadka

i do babcie, zeby w góre prosto sła po schodkach.

 

A te schodki, prose państwa, istny cud, teknika,

jechać jadom, piscom cięgiem, strach ełcka przenika.

 

Ale babcia hop na schodek, cało idzie w góre,

ino licy schodki w duchu, by zskoknąć w pore.

 

A w tranzycie, moi mili, hala jak w kościele,

a naroda, a cejcości, kozdy swoje miele.

 

Przy bufecie popijanie, wartują brzuchoce,

piwo, piana, korki w góre i wódka bulgoce.

Zaś ponizy przy stolikak, jak grzybów po dyscu,

ludzie z dziećmi jak Cygany lotają i wiscą.

Jedno paniom sie coś pytom, choć wiem, ze mom pecha,

ona zaroz, niśt ferśteje i ze nic nie śprecha.

Na ławecce pode ścianom, jaku nos przed wojnom,

siedzą Żydy z pejsikami, z brodom popas hojnom.

Z podrygami kupieckiemi prowadzą rozmowe,

patrze, słuchom i rozumiejakby bez połowe.

Więc mu bilet pokazuje, stąd za Wiegom Wode,

a on bryle z pudełecka, gładzi sobie brode,

jakby troche krzywy z tego ambarasu,

siedzieć, siedzieć, pokazuje, mocie duzo casu.

 

Dobrze se mu godać siedź babo na ławie,

jak on sie i moze nie wyznoł na sprawie

 

Jaz tu patrze, jakby swoje siadły kolo lady,

ide do nik z tom nadziejom, zeby mi porady,

da da, pasaditie, my toże w Amieriku.

(U nos tyz tak zaciągała gdowa po Janiku).

Alejuz po kwili wysło sydło z worka,

bo te ludzie mi tłumacą, ze z Nowego Jorka

oni drugiem samolotem lecą do Kanady;

zaś sie mortwie w duchu, jak jo se dom rady.

Jaz tu nagle panienecka w śwarnem kapelusu

polisz, polisz” sie mie pyto, telefon do usów,

a w słuchawce, Boze drogi, ta osoba z LOT-u

pado: siedźcie, babciu, grzecnie, bo do samolotu

mocie jesce dwie godziny iście w dobryk rękak,

przydzie po wos w kapelusie ta sama panienka.

 

Przesiadka w Delhi

 

Co to było za cekanie!

Turbon siedzioł przy turbanie,

corno hołoć, podróżniki,

Bombajany, Madrasiki,

matki dziećmi oblepione

i podrózom rozpiecone,

torby, packi, kos-opołki,

skóra z węza, dwa tobołki,

ćwioro dzieci, piąte w dródze

swy matuli, swy niebodze

przepychały sie nad ranem

na spotkanie z auroplanem.

Corne śliypka, cyganięta,

kurtka z ojca na pół zmięta

zwiso dumnie, klapy dyndo,

zegnoj kraju, zegnoj Indio,

my do ujków do Anglije,

świat nie widzioł te wilije

i na duchu, i na ciele,

jazda,jazgot, kozdy miele.

 

Dzie ta bokiem, dzie okrakiem,

dzie ta przodem, dzie ta rakiem,

święty Kryśno, wielgi Panie,

prowodź nos ku auroplanie.

 

A tu w Delhi juz widnieje,

babie w kosu kogut pieje,

im ta jazda nie obrzydła,

auroplan w zorzak skrzydła

otrzepuje z biołe rosy,

by cłek obut cy tyz bosy

drobił, spluwoł z podniecenio

pośród kłębów z tabacenio.

 

Jaz noreście funkcjonariusz

ni to świecki, ni wikariusz

wyciągo wom plan z miejscami,

sadzo babe wroz z dzieciami,

po ni chłopa Bombajana,

co spod wąsów i turbana

spluwoł, chorkoł, źle wymiyrzoł,

na Europejców ślypia scyrzoł;

po niem sadzo babe w sari,

a poprzy ni i teść stary

koraguje, tobół dźwigo

i z przejęcio wąsem drygo.

 

I tak wszyscy, ludzie, pany,

Europejce, Bombajany,

Delhi, Meli i Karaci

wyrównani wjedny braci,

karte wstępu kozdy wznosi

i opórnoc Boga prosi.

 

W samolocie Bombaj - Londyn 1980

 

Cyrcański młyn

 

Na potoku cyrcańskim stoi młyn zwalony

ni to jesce zywy, ni tojacy w grobie

gnie ku ziemi, ku wodzie zetlałe pokłony,

ostatniem dychaniem zamyślo sie w sobie.

 

Duło Cyrcem, duło, wozy turkotały,

wiezło sie dobytki jarcane, pszenicne,

na taki wyprawie przemijoł dzień cały,

chlebusie wracały w przysiółki Piwnicne.

 

Wozy sie mijały, chłopy daski z coła,

skonsi sie ta znali, Wierchomnie, jarmaki,

partyzantki, odpusty, staro w rynku szkoła,

co drugi dzień boso zdeptuwane ślaki.

 

Dziś do szkoły nie pódzies, jadema do młyna,

a wceśni wymłocki, chłopów trza do korby,

i tak mali gazdowie z praojca do syna

z ledwościom se uścigli grusecek do torby

 

na nauki, wypisy, rysiki, tablicki,

ręka na nik ciyrpła jak brony kanciasta,

zyły sie zwijały jak Chajmowe icki,

za twoje wyorki pojedzies do Miasta.

 

Bedzies konie trzymoł, mróz ci palce zgryzie,

pani z noprzeciwka gorące herbaty

z litości,

a ty skłamies honornie, ze w nowy marynarce

mos dwa złote, coś dostoł na bigos od Taty.

 

Na podworcu przed młynem konie r-zą w obroki,

gazdy śporty kurzą, asygnaty, Wierchomnie,

zwazują na zmułcone młynarzowe kroki,

Stasieńkowe sie końcy, wy bedziecie po mnie.

 

Oj, młynarzu, młynarzu, wypszenicny panie,

jagze sie nom wtedy sypało, mułcyło,

Tatusiowe rozświty, święte niedospanie,

co ponad skibami w rosak majacyio.

 

Oj, młynarzu, młynarzu, cujne twoje wąsy,

worecki pęcniały, chlebusiem smyrzylo,

gęsi na zaporze w bieliste wypisy

darły dziwowanie, ile tego było

 

z ziemie niewdzięcnice, kamień na kamieniu,

z ubocy na uboc ponad oberwiska,

z upadków dźwiganyk po zbawiennym korzeniu,

poprzez któren wiedła droga kalwaryjska

do ziorna.

Podpłomyki, kołoce i krowom zabielić.

Oj, młynarzu, młynarzu, zacne twoje koła,

pómogłeś niejednemu dzień sary rozniedzielić,

w płaski rzeźbie opłatków Gabryjela Anioła

przywołać

By sie działo, zwiastowało, nowych synów przybywało

i by ojce, włosne ojce, nie zsyłały ik w ogrojce

.

Jadom goście

 

Przy potoku wielgie pranie, cebrzyki, balije,

ruch, robota, uwijaniejak we wigilije.

 

Jutro piyrsy, dziś ostatni, sezon sie zacyno,

syćkie izby wynajęte, nawet i babcyno.

 

Malorz przysed, rurki składo, wopno chlus na ściane,

tu posecki, tam kwiotecki w kropki malowane.

 

Krzasła, stołki na ubore, pokrowce na płoty,

cheba spać sie dziś nie pódzie, bo telo roboty.

 

Prześcieradła, makatecki, poszwy, kapy, firanecki,

rondelusie, śklonki, gorcki, fajans poniemiecki.

 

W „Ludwik” płynie, w sarem mydle, a brudniejse ixem,

„Przyjaciółke” na półecki z wyciętem przepiksem.

 

Do sienników świyzom słome lub starom nastrosyć

(zeby krowom za drabine zostało co włozyć).

 

Do wychodka lep na muchy i nowom przykrywe,

gazyt w kostke nakrojonyk i lusterko krzywe.

 

Jesce rano wiadro z wodom, dzwonków do słoika,

no i pociąg juz krakoski słychać od Gronika.

 

Na przystanku chłopców zgraja, sezon na walizki,

Pindrus z karkom, Jaś „w desecke”, chłopcy od Kuliski,

 

rynkowiany, Waligóry zaroz dzie, do kogo,

cy goś skąpy, cy goś scyry medytują drogom.

 

A warsiaski pół dnia późni, cheba za nadrobi,

chłopcy głośno rozprawiają, ile fto zarobi.

 

Na zeszyty, na porcięta, troche na Pekao,

ze trzy stówki na zygarek (buksiok), jakby sie ta dało.

 

We wsi dzieci, przekwolanka cyje lepse goście,

nase lepse, nase z dalsa, ino nom zozdroście.

 

Nase goście warsiawioki, pon w telewizorze,

a i pani, jakby kciała, występować moze.

 

Nase goście mercedesem, bo som dyplomaty,

opróc tego mają skode, dwie wille na spłaty.

 

U nos pani jes bez pana i mo ondulacje,

a na siyrpień pon dojedzie do nie w delegacje.

 

Nase goście są ze Lwowa, a teroz z Wrocławia,

onajakby zaciągała, a on źle wymowio.

 

Nasa pani dziennikarka, była w Ameryce,

dzieci same ze służącom, znają fajne wice.

 

A z Katowic pon magister, ona doś do rzecy,

jeno chodok strzylo drzwiami, o byle co becy.

 

A krakusy, te centusie, same profesory,

jeno ni ma komu pomóc, jakby cłowiek chory.

 

Na ogrodzie baron dziecku ponadusoł ziobra,

ludzie zaroz dochtorowom, zeby taka dobra.

 

Ona na to, mąż w Krakowie, a ja na miejscu pana
dawno bym się już pozbyła takiego barana.

 

Sierpień mija, koniec lata, żegnanie, uściski,

kozdy swojem juz odnosi packi i walizki.

 

I roz jesce bukiet kwiotków, osołecke masła,

zaprosenie w odwiedziny na święta do miasta.

 

Po kaslikak buszowanie, co ta zostawili,

stare trepy, smutny flakon, pusto juz po kwili.

 

Jeno pudło, a w niem namiot, bo to wozić strata,

bedzie cekoł gości wiernie do przysłego lata

 

Podróż za Wielką Wodę

 

(List-sprawozdanie)

 

Lecęcy przez wody kańsi hań w przestworzak,

a na ziemi w dole wiły sie bezdroza,

pytałak sie w duchu, pytałak sie Boga

ftóro tam na ziemi bedzie moja droga.

A Pombóg odsepnął poprzez Stróz-Anioła,

ze w Sikago som ludzie górskiego Zywioła

i ze syćko dobrze bee; i tak tyz i było.

Prezesowie Gilowie o śpiywnym nazwisku

przywitali mie sercem o bratnim uścisku,

gniozdo pokozali, atłasy, falbany,

jaz sie cłek nie spostrzyg, a juz był wyspany.

 

A Sikago? Miasto, miasto, ni sie znalyś, ni sie stracić,

cheba ze sie do góralskie trafi (jak mie przysło) braci.

No to brudzia, prose gości, prezes w pełni prezesowy

podniós toast, prose państwa, ojcyźniany, kryśtałowy.

A kie goście sie roześli, dało w gwarze sie pogwarzyć,

na ik skarby podhalańskie to popatrzeć, to pomarzyć,

na spotkanie z Ojcem Swiętem, na uściski i weźrenia,

co tak duse przenikajom do samego dzieś sumienia.

 

Wzioł mie prezes popod regle, pod ik scyty skalne,

od Micigan pchały sie pod ziobra wiatry dziwnie halne.

I tak myśli na kwile wzielimy na wypas

cujęcy, jak w dali przytatrzański cas

to ręce zaplatoł, rózaniec w niem dziyrgoł,

tak niby skonany, ale sercem drygoł,

to zaś na powstania trowy z niem wstawały

i jutrzenkom nadziei cyrwieniały skały.

 

W Domu Podhalańskiem - serca dobre, wierne

i te smycki, smycki, co to gwarom skrzypiec

do zywego mogom, do samyk łez przypiec.

A dziopecki, góralicki, te cekiny skalne ziemi

jagze mi sie wiecnie bedzie cnić a cnić za niemi

 

Potem z „Janosikiem” jazda do Toronto.

 

Wody, wody w Niagarowie; a kie ocy napoili,

wyjął prezes kiełubase, zimom zaśkwiyrcalo,

suśniom niezyjącom, co to w ni piscalo,

kiej kiełbas miednice

wiły sie w objęciak stare wysuśnice.

A kiej Michoł Cieśla poprzy wiecerzaniu

zaś mie kańsi przeniós popod regle, w Tatry,

jednego mi zol było, ze sie syćko końcy

i zaś serce w duchu po cichu zajojcy.

 

Boje sie przepaści, boje sie przestworzy,

boje wiyrchów skalnyk,

telo ze w ten granit w setki pięter zrosły

wiater jakby halny duje

i droge sie pod reglami przy jeziorze cuje.

Tam my śli z prezesem, ślimy we troicko,

wiater sie cudowoł, targoł mi spodnickom,

ze nom regle w głowie, górole, wypasy,

a tu przecie wkoło sikagoskie casy.

 

Przyśli potem Janosiki, Cieśle i Maryny,

mom to syćko na płycie (dzięki wom, Michale).

I tak wom życe, by wase ameryckie hale

ojcyzne przescepiały w swoje zywobycie.

 

Bo choć nie sarotkom, nie dziewięciornikiem,

juz Sikago kwitnie Polską, co z przenikiem

dołapuje garła, podwozo powieki

i w łzawe sie zmienio po polickak ścieki.

 

Jedni my dyć pielgrzymi i jedni tułace

i choć woda przewielgo między nos sie wdarła

i po obu brzegak wiecnie ftosi place,

niebo, niebo, bracia mili, niek nos w jednoś zgarnia,

bo, choć tak rozpróseni, jedna my owcarnia.

Cy to na Podholu, w Toronto, w Sikago,

jednom sie spiyrejmy i brońmy ciupagom.