2019-07-20     Fryderyka, Małgorzaty, Seweryny        
Strona główna -> Moi przyjaciele

Wspomnienia o Przyjaciołach: ks.Ludwik Siwadło, Jerzy Kulej,     Jolanta Gorczowska, Jalu Kurek, Eugeniusz Lebdowicz,  Hrabina Lichańska, Franciszek Łojas-Kośla, Robert Małolepszy (dziennikarz), Zbigniew Bartus (społecznik, obrońca Fawley Court)

 

Ks.Ludwik Siwadło

 


Proboszcz mego życia                                                                   grudzień 2012

Przypomnienie skróconej wersji wspomnienia (opublikowanego w „Znad Popradu"  w marcu 2003) z okazji dwudziestej rocznicy śmierci Ks.Ludwika Siwadly (1907-1992)

     Przelotnym ptakiem wspomnień przysiada czasem przy mnie postać księdza prałata Ludwika Siwadły. Uczył mnie stosunkowo krótko, ale chwile te zapadły się w szkolną łąkę przeżyć uroczystą, solenną pieczecią. Wysoki, przystojny, prawie zawsze w sutannie i w birecie lub w berecie na głowie, nosił się dla nas dzieciaków pozornie oschle i wyniośle, ale my tępawa pasieka nie dawaliśmy też za wiele powodów do miodu Nauczycielowi. Podręczniki do religii były mało ciekawie opracowane a religia, tendencyjnie, na ostatniej lekcji kiedy to zmęczenie i sprawy ziemskie wydawały się ważniejsze od duchowych. Ja zjednałam sobie Jego uśmiech łaskawości, gdy jedyna w klasie wiedziałam, ze słynne „Pochodnie Nerona” to obraz Siemiradzkiego, a pozostało mi to zapewne po naszej szkolnej wycieczce do Krakowa. Potem dopiero dowiedziałam się, że ks. Siwadlo prócz teologii na UJ studiowal również historię sztuki i był wyczulony na piękno słowa i pędzla. Z wyglądu i upodobań arystokrata, o pięknych wymownych rękach, choć powściągliwych gestach, nosił się do przesady skromnie, w pocerowanych, wysłużonych swetrach. Był mistrzem kazań okazjonalnych, czy to pogrzebowych, czy ślubnych; zwięzłych, logicznych, bez patosu, często z mądrym cytatem z poezji, jak ten Asnyka o ptaszku co siedzi na drzewie i ludziom sie dziwuje, że najmędrszy z nich nie wie, gdzie sie szczęście znajduje... .
....Moja właściwa sympatia do księdza Siwadły narosła dopiero po latach, kiedy wyjechalam do Anglii, w pajęczynie - On się tego taktownie domyślał - różnych powikłań życiowych (w tym politycznych). Nosiłam na sobie piętno braku ślubu kościelnego, ale On wytrawny spowiednik i ludzka słuchalnica, nie pytał, nie indagowal, nie oceniał, nie korygował zatuszowań. Zapraszal w odwiedziny, pytał o świat, o Anglię. Wiem, że znal angielski i jeszcze lata wcześniej podarowal mi miniaturowy modlitewnik w tym języku, wierny towarzysz moich podróży. Odnosiłam wrażenie, że momentami wyrywał  się w marzeniach do innego świata, gdy tymczasem, powołanie, „służba nie drużba”, przykuwała Go do wymogów szarego piwniczańskiego dnia, z ludzką bidą i gospodarczo-ideologiczna opresją za czasów komuny, którym to kleszczom dzielnie i taktycznie stawial czoła, o czym pisze prof. Józef Długosz w monografii. Za jedną rzecz, a mianowicie za podróż do Ameryki Południowej - Brazylia, Meksyk, jestem księdzu Siwadle niezmiernie wdzięczna. Na nieoczekiwane zakończenie pracy w PANAM dostałam bilet w tamte strony, do natychmiastowego wykorzystania i szczerze mówiąc obleciał mnie strach, jak tam z 10-letnim Tomkiem polecieć. Zwierzyłam się z tej obawy księdzu Proboszczowi, a ten prawie bez namysłu wyrzekł „lecieć, lecieć”, z radością jakby za mnie i za siebie, tym bardziej, że Jemu osobiscie,  miłośnikowi sztuki i klasycyzmu, życie podróży poskąpiło. .....
..... Pierwszy raz znalazlam się w zakamarkach plebanii jako mała dziewczynka recytując wiersz na prymicje ks. Zdzisława Lisowskiego. Ostatni raz chyba jakoś po podróży do Brazylii, dzieląc się z sędziwym Duszpasterzem wdzięcznymi wrażeniami. Był zadowolony, że mi dodał skrzydeł, wypytywal o echa polskiego Papieża w świecie, temat zawsze sercu najbliższy. Wiele osób na ziemi sądeckiej i w Piwnicznej, choć to syn ziemi bocheńskiej, zawdzięcza Mu promień opieki duchowej i materialnej. Takoż narodzila się nasza dorosła już przyjaźń, kiedy po latach, gdy mnie już stać na to było, dorzucałam grosik do Jego kasy zapomogowej, z którego to zródła tuż po wojnie, ratował i moją dalszą rodzinę.  Dobro wyzwalało dobro, pozwalało przełamać konwenanse i odwiedzać starego mądrego Nauczyciela w sutannie i czerpać ze studni Jego spostrzeżeń. Spogląda dziś na to wielki krzyż od Bucznika i mądre, inteligentne oczy jego Inicjatora z pamiątkowej tablicy w naszym kościele. Żałuję, że za mało bylo tych spotkań, że zabraklo czasu, by Go odwiedzić w Jego ostatniej samotni, w Jego samozesłaniu?,  porozmawiać o sztuce i „quo vadis” w życiu i o tym, jak się wznieść ponad kłody często „brat bratu” rzucane. Z oziębłości kościelnych murów przywołuję Jego ciepły, skupiony, powściągliwy głos; mówi klasycznie, wymawia poprawnie bez przesadnego -ę , -ą. Słyszę Jego aktorsko-sceniczne „ł” - dźwięk dziś coraz rzadszy i zaniedbany, niesłusznie przypisywany tylko tym zza Buga. Rąbka tajemnicy i odpowiedzi na pytanie, komu ksiądz Ludwik Siwadło zawdzięczal klasyczne podwaliny, uchyla Jan Bielatowicz - wybitny krytyk literacki na emigracji, który w swej „Książeczce” świetnie, z poczuciem humoru odtworzył, odmalował klimat, tamtej, wspólnej z ks. Ludwikiem Siwadłą szkoły. A szkoła to była nielada - Staroklasyczne gimnazjum im.K.Brodzinskiego, wychowanka tarnowskiej, hetmanskiej wszechnicy, przedstawiciela literatury sentymentalizmu. Lista wychowanków tej szkoły imponująca: Józef Bem, Józef Szujski, ks.Józef Stolarczyk, gen.Marian Kukiel, Stefan Jaracz, Mieczysław Jastrun, Jan Bielatowicz i prawie, że mu rówieśny nasz trzydekadowy proboszcz Piwnicznej *. Łaciną władali lepiej niż żargonem tarnowskim, chłopcy za pan brat ze starszą siostrą w kulturze - greką, a stamtad juz krok do judaizmu, czasów Chrystusowych i zrozumienia naczyn połączonych w przenikaniu kultur świata.....
..... Niechaj powraca do mnie lśniący orzeł w sutannie tęsknoty i upomni się o modlitwę w przelaniu na papier. Napisawszy te słowa coś mnie tknęło - prawie nigdy tego nie robię - by popatrzeć w kalendarz, czy to nie dzień Jego imienin. Był to dzień Ludwiki. Pogłaskana symbolem zrozumiałam, że to Jego patronka „dopilnowała” by powstał ten spłachetek wspomnienia.


*również obecny proboszcz ks.Krzysztof Czech

 Krystyna Kulej 15 marca 2003

Lata mijają nieubłaganie, wspomnienia podpinają się jak winogrona pod serce wokół okrągłych rocznic i modlitw przy kapliczkach. Czasem podpala je iskra westchnienia kogoś mi nieznanego a bliskiego epoką  dawnego Proboszcza. 1) ,,Pani kochana, On tem pogorzelcom, a było tego luda kilkanaścioro, som w plecoku prowiant na Kokuske na drugi dzień po pozarze przyniós, i chołpke jom pumóg łodbuduwać. To był prowdziwy kapłan z powolaniem” 2) A jak my śli do wojska, a było nos cosi łośmiu chłopa, to nos poborowych zaprosiuł na specyjalną msze wiecorną a potem, uwierzy pani, na plebanie. Patrzema, na stole kołoc, herbata i łojcowska przy stole rozmowa. A było to przecie za głębokie kumuny, to nos przeszczegoł przed tem co nos ceko, zeby wiary łojców i ducha nie postradać”. Serdecznych westchnień, jak Nadpopradzie długie i wysokie, można by mnożyć naręcza. Rozumial ludzkich serc zawiłości, ludzkich losów meandry i religijnej chandry nikomu nie przydawał,  szczególnie matkom i tym bezbronnym, maluczkim w ich łonie poczętym choćby i przed  ślubem.
Miałam jednak żal do ks.Siwadły za to, że dał się uwieść nowatorstwu i w ślad za kościołem w Krynicy zastąpił stary ołtarz główny nowoczesną mozaiką warszawskiej artystki Marii Hiszpańskiej-Neuman. Roz......czarowanie pogłębiało się a nieujawnianie głosów serdecznej krytyki  dało samopańskie przyzwolenie na dalsze, tym razem odlewowe majsterkowanie przy oltarzu. W sumie wielka kasa za      „picassa”.
Na szczeście szansa na powrót wyśnionego ołtarza sprzed lat, harmonizującego z resztą wystroju góralskiego kościola, rośnie z dnia na dzień.
Ponoć jeszcze na starej ambonie głos  tradycją zapłonie.
Mamy wszak artystów, dał Pan Bóg talenta
wróci i kazalnica przez pomyłke zdjęta.

12.12.2012



Czekasz Matko na oltarz


Czekasz Matko na ołtarz, dawny piwniczański
Próbowali Ci znaleść zastępcze przytułki
A Tobie się kłania główny Anioł Pański
I znosi Cię na skrzydłach z witrażowej półki

Zakwitniesz jak lilija w nowych wyrzeźbieniach
Matko serc naszych w siedmiokrotnych odpustach
Przyjmiesz na Twych stopniach szepty uwielbienia
I paciorki próśb naszych ,,wstaw się ...” bo bez Ciebie pustka

Syn Twój Cię obejmie mozaiką swych ramion
Owce przy źródle słów Jego będą wielbić Pasterza
Z Twojej prawej i lewej uśmiechnie się aniol
I dzwonem radosnym rozkołysze się wieża

Pazdziernik 2012


Proboszcz mego życia  część II     "Znad Popradu" styczeń 2013

Duszpasterska misja i cicha służebna pasja z jaką ks.Ludwik Siwadło wtapiał kaganek Chrystusowej nauki w Ziemię Sadecką a szczególnie w piwniczańskie Nadpopradzie pozostanie mi na zawsze wielką kartą zachwytu. Ukłon Jego pamiętnej osobowości podzielają ze mną dziesiątki starszych Piwniczan, z ust których miałlam szczęście zapisać przypadkowe dwa trzy zdania wspomnienia lub słowo serdecznego westchnienia. Za osobą mówiącą czy to na szczycie Bucznika czy w Kokuszczańsko-Łomnickiem rodzinnym ustroniu pojawiały się często następne pary oczu; żony sąsiada i blaskiem źrenicy (jak wiele mogą wyrazić oczy) podświetlały głębię duszy  tamtego Proboszcza. A przyszło Mu przecież dopelniać swej misji w okowach głęokiej komuny kiedy  Chrystus walczący słowem o prawdę i godność człowieka był zagrożeniem dla systemu.
Co smutniejsze na jesień Jego życia szachrajska szachownica kościelnych przesunięć również i Jemu nie była obca i wycisnęła na Jego życiu i siostry Bronisławy  smutne piętno krzywdy. (Jak nie wiadomo jakie były pobudki można se dośpiewać, że chodzilo o dudki). Wolał jednak o tym głośno nie mówić  i tylko do wrażliwych, zaufanych wybranców dawał upust swej goryczy. (Ze wspomnień ś.p. pani Miczkowej)
W sny ponoć wolno wierzyć ale ostrożnie. Od dobrych snów, przepowiednich na ważnych zakrętach życiowych, poprzedzonych modlitwą o mały znak Niebios trudno się jest odwrócić i nie uznać je za wymodloną łaskę. Pobieżnie opisany poniżej sen zawital do mnie po przeczytaniu poprzedniego, świątecznego wspomnienia „Proboszcz mego życia”
Jestem, nad Łazienkami, u starych  zródeł Piwniczanki i do puszki – jak bywało w dziecinstwie – nabieram z rurki wodę. Ks. Ludwik Siwadlo w sutannie, okolo 40-letni jak na zdjęciu w Gazecie, odmierza jesienne  pole w brzegu po drugiej stronie. Cieszę się na Jego widok i pragnę z Nim porozmawiać ale jeszcze planuję skoczyć szybko do domu by się odświetnej przebrać. Nie widzę Proboszcza i podpytuję człowieka pasącego tam krowy gdzie się podział i nagle staje Proboszcz przy mnie na mostku a ja mojemu małemu wnukowi tłumacze, że to jest ten proboszcz od którego wiele mądrych rzeczy się w życiu nauczyłam i wyliczam klasy w których mnie uczył.

Dzien nabrał blasku i chwyciłam za pióro na następny odcinek.
Na czym polegal fenomen mądrości Proboszcza ze snu, o której to cnocie mówiłam następnemu pokoleniu w rodzinie. Kojarzę ją – a za przykład pamiętne pożegnanie rekrutów na plebanii – z mądrością, patriotyzmem i głębią ducha Wladyslawa Orkana, piewcy Podhala i Aniola stróża ludowo-narodowych wartości..

                             WSKAZANIA DLA SYNÓW PODHALA
WYGŁOSZONE NA ZJEŹDZIE PODHALAN 13 sierpnia 1923 r. W CZARNYM DUNAJCU, POD ADRESEM ZNAJDUJĄCEJ SIE NA ZJEŹDZIE MŁODZIEŻY PODHALAŃSKIEJ

(ostatnie sześć przykazan z dwudziestu kilku)

     W polityke sie nie zabagnij. Lecz miej oczy otwarte na wszystko. Wszystko śledz wzrokiem i umysłem, co objąć zdolasz. Nie lekceważ nic z zycia. Niech nic nie ujdzie Twej uwagi. Patrz bystro. I staraj sie być bezstronnym. Strzeż sie tez pustego radykalizmu. – Nie bądź łachem partii. To zdziera. Idź samodzielnie –
Pospólnie, a sam.
     Ze wsią swoja rodzinną żyj – i daj jej, co najlepsze, z duszy swej. Wróć braciom, coś wiedzą zdobyl. – Nie przecinaj korzeni łączących Cię z rodną ziemią – choćbyś na krańcu świata się znalazl. To tak jakbyś przeciął żyły żywota.
     Gdy Was sie zejdzie trzech Podhalan: niech będzie podniesienie dusz! Jakby cale Podhale w Was było.
     Wiedz, że ty wydźwigujesz piersią ziemię swoją, swój kąt ojczysty – albo go hańbisz, poniżasz. Pierś Twoja niech będzie przeto napięta na najwyższy ton!
     To winieneś Duchowi swojemu i Ojcom swoim.
Poręba Wielka, 10 sierpnia 1923
 

 Bibliografia:
WLADYSLAW ORKAN
Listy ze wsi i inne pisma spoleczne
Do druku przygotowal i rozprawą wstepną poprzedził STANISLAW PIGOŃ
Wydawca Gebethner i Wolff, Warszawa 1946


LISTY DO WSI – O SPRZETACH, PIESNIACH I GWARZE

     „ Pieśni, różnymi czasy i przy różnych okazjach z natchnienia serca powstałe, mówią nam lepiej niż co insze o bogactwie uczuciowym ludu z danej ziemi. W nich to (w ich melodiach i słowach) odbijają się najlepiej dawne zwyczaje, obyczaje, historia nawet czasów zmierzchlych i barwne życie praojców.  Każda z ziem Rzeczypospolitej miała tych pieśni moc: pasterskich, żniwnych, weselnych obrzędowych, na każdy czas i porę roku. W niektórych okolicach (Kujawy, Podhale, ziemie ruskie) jeszcze się utrzymaly, lecz w wiekszości ziem giną niepostrzeżenie  a szybko, przez naleciałe z zewnątrz wypierane. Już szkoła uczy dzieci szablonowych piosnek ze śpiewników, miast ich rodzime im, miejscowe, własne przypominać. Przynoszą rezerwisci różne głupawe śpiewki i przyśpiewy z wojska, które dorastająca młodzież z dumą jako „wojeńskie” powtarza. Ba, przez służące z miasta, przez letników przedostają się na wieś i dancingowe nonsensy. Muzycy wiejscy często nie umię juz starej nuty zagraę, za to podmiejskie jakieś pozbierane zlepki, jako ciekawsze, niby nowomodne. Wnet też przyjdzie – bo już gdzieniegdzie i przyszło – że w okolicy, która miala duże bogactwo dawnych swoich pieśni, nikt nie będzie już umiał ani nuty, ani słów ich powtórzyć.
     A dalej sprawy gwary....Najstarszy to i chlubny zmarłych pokoleń dorobek, w którym wyznaczyła się może najtrwalej dusza plemienia od kolebki. I zdarzylo się jeszcze w Polsce tak, że gdy przez miasta i dwory przechodzily różne wpływy języków obcych  (jak łacinski, niemiecki, francuski,) psując nalecialościami język plemienny, to wieś z natury rzeczy tym wpływom tak bezpośrednio nie podpadła i zachowała w swojej gwarze, jak w najpewniejszym depozycie, dawno już zapomniane staropolskie jędrne wyrazy i formy. Najlepsi z pisarzy polskich chcący pisać prawdziwie po polsku, a nie jakimś zaśmieconym (niby książkowym) językiem, musieli się po pomoc do gwary ludowej zwracać.
     I otóż patrzcie: zamiast tę gwarę pradawną ojców najwyżej jako skarb najdroższy cenić – cóż wieś, przychodząc niby do rozumu, czyni?... Po porostu wstydzi się, jakoby czegoś niższego, swej gwary, lub ja jako coś bagatelnego lekceważy. Jeżeli wieś z własnym swym dobrem tak postępuje, cóż dopiero ludzie postronni, miejscy!

„U nas” mówi prof. Cierniak, syn chlopski z Krakowskiego –„ludzie nawet wykształceni traktują gwarę jako coś brzydkiego, nieokrzesanego, co trzeba by jak najprędzej wyplenić. Jak kmieca sukmana, mimo swego dostojnego charakteru, ustepuje miejsca żydowskiej tandecie jarmarcznej, tak i naszą prawieczną, jędrną polszczyzną gwarową zaczyna się poniewierać, jako czymś podłym, chamskim”

     I gwara oto, bezcenna puścizna wieków, psuje się dziś i zatraca, jak strój ojcowski, jak dawny obyczaj. Wiele tu (stwierdzić trzeba) pobocznych wpływów zawiniło, jak: emigracja, wojsko, zetknięcie z miastem i szkoła. Tak, niestety. Szkoła wiejska, zamiast przy nauce czytania, pisania, nauczyć także dzieci szacunku i zrozumienia dla swej macierzystej gwary, to często ją im obrzydza, a ogółem koślawi i psuje. Lecz główną winę zatracenia swej mowy przepięknej sam lud ponosi.  Gdyby jej strzegł jak skarbu, nikt by mu jej nie zdolał odebrać.
     Czyż to lud sam, postępując w oświacie, zrozumie?... Dałby Bóg i święci polscy. A to już najwyższy czas ku ratunkowi. Inaczej co? Będzie wieś, ale nie będzie chłopa.”

 

                          Krzyż w Buczniku

 

Tam gdzie Bucznik w niebiosach boskiej kłania się mocy

Tam w brzozach rozbłysnął krzyż tajemnej nocy

 

Spod tych wierchów źródła biją w Nadpopradzie

Znad nich na dolinę hostia słońca się kładzie

 

Ksiądz Ludwik Siwadło, proboszcz Tysiąclecia

Chrystusową myślą nad te wierchy wzleciał

 

Widział Cię, On, Krzyżu, jak jednoczysz serca

Wtedy gdy komunizm nienawiść rozniecał;

do Kościoła, Chrystusa, ksiądz Kardynał nękany

Za budowę świątyń ludzie szli w kajdany

 

Nie wpuszczono Papieża, pusty tron, w nim róże

Drogi zamykane, wszędzie szpicle i „stróże”

A jednak Jasna Góra rozkwitła w pielgrzymach

I zachwiały się nogi czerwonego olbrzyma

 

Ludzie zrozumieli, że Chrystus to siła

I w tej prawdzie nas wzmacniał młody biskup Wojtyła

 

Jako Andrzej Jawień – Poeta – w ukryciu

Bo już wtedy Moskal groził Jego życiu

 

A jednak powracał.   Ziemia trudnej jedności”

Pamięta Go w Krzyżach i łzach Solidarności

 

Krzyż żelazny w Buczniku ....

Solidarny Płomieniu

Bronka Lebdowicza, Bołozów-kowali –

Spawali Go w ukryciu (nerwy mieli ze stali)

Bo wśród swoich szuje, ORMO, konfidenci –

Krzywdą katowanych od wojny przeklęci

 

Krzyżu zapomniany, Solidarny Płomieniu

Zaświadczasz dziś na nowo o pamiętnym Millenium

 

U twych stóp nas jednoczysz słonecznego września

By wołać o miłość w mszy świętej i pieśniach

 

Przy tym Krzyżu Wierchowym na poletku Źrałki

Na ogniska wspomnień jarzą się rozpałki;

 

Szczęść Boże Tomaszu, wiem, że się boicie

Bo wam na Sybirze przetrącili życie

 

 

Nie boję się Księże, bierzcie moje pole

Spełnimy w ten sposób Kardynała wolę

 

By wznieść miejsca święte gdzie nie sięga władza

Gdzie się Anioł Wolności w wolnych skrzydłach przechadza

 

Pion krzyżowy – trawers – Bołozowe gniade

Wiozły w jesień do kuźni cichym Nadpopradem

 

Kowal z synem w sekrecie montowali ramiona

Nie wiedziała o misji cicha wieś uśpiona

 

Nawiercano otwory, rozmierzano promienie

By w tę noc pamiętną, w słodkie Przemienienie

 

Zagrodzkim potokiem przez uśpione Karpały

Konie Dulakowe świętą stal targały, na wierchy

 

Przez wertepy, kaskady, niejedno mokradło

A w nieszporach drżał o nich ksiądz Prałat Siwadło

 

(druga para koni na zmianę czekała

bo z tych pierwszych dymiło i piana spływała

Czyje one były dziś się nikt nie dowie

bo wszystko wymarło w niespisanym słowie)

 

Pod osłoną tej nocy, czy to nam się śniło

Że to co niemożliwe jednak się spełniło

 

Gdzie są oni dzisiaj dzielni chłopcy Barany

Zza Bań, z Walczków, Skorupów, chłopcy Zawodziany

Ktoś wszak kopał krater,  ktoś dowoził wodę

Ktoś załatwił cement, z kęp zbierał kamienie

Na ten Krzyż w Buczniku, na serc Podwyższenie

 

                                                                                        Krystyna Kulej, wrzesień 2011

 

Kardynał – Kardynał Stefan Wyszyński 

Papież – Ojciec Święty Paweł VI

Andrzej Jawień – pseudonim Karola Wojtyły

,,Ziemia trudnej jedności” – cytat z poezji Karola Wojtyły

Bronisław Lebdowicz – pierwszy wykonawca Krzyża, z nim to ks.Ludwik Siwadło obrał Bucznik na Krzyż – rozmowa na poddaszu – wg. słów B.L.

Bołozy-kowale – ojciec i syn Czesław właściciele kuźni na Zagrodach

ORMO – Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej – płatni zausznicy systemu

Od wojny przeklęci – w czasie wojny zdarzali się zdrajcy i donosiciele wśród swoich

Bo wam na Sybirze przetrącili życie – Tomasz Źrałka był po wojnie zesłany na Sybir

Bołozowe gniade – konie Franciszka Bołoza, którymi jego syn Andrzej przywiózł części Krzyża na Zagrody do kuźni od Bronisława Lebdowicza

konie Dulakowe – konie z Nadleśnictwa, którymi opiekował się i jeździł Dulak spod Grabiny – Zagrody. Po kryjomu użył je do wywiezienia Krzyża na Bucznik

                                                                                                                                                    

 JERZY KULEJ                       

SERCEM SERCU  (szpitalny raptularz)

 

Wybudzanie

 

 

A jeśli masz, jak ja, w Panu niewyznania

Żeś Mu cierni dołożył do cierpiętnej korony

Może teraz na miedzy snu i wybudzania

Wsłucha się twe serce w zagłuszone dzwony

 

Może Sędzia Łaskawy z panią śmiercią w zapasach

Podaruje werdykt przychylny, nie będzie liczenia

Wtedy daj się zaprosić na roraty w lampasach*

Na – sen po śnie – w dzwonach wybudzenie

 

14 XII 2011

 

Lampas* - góralska lampa z którą w ciemnościach chodzi się na roraty

 

 

  Piątek 23 grudnia 2011.  Ranne myśli naprowadziły mnie na akapit 787 i 788 W Dzienniczku św. Faustyny, datowane 1.XII.1936 a po dwóch godzinach na 345/6 z datą 22 i 24 XII 1936 – między tymi datami a dniem dzisiejszym jest równe 77 lat. Dwie kosy, których zawsze się tak bałeś

 

 

   O  Jolancie Gorczowskiej          Jola, którą trzeba....... nosić na rękach

 

  Od wielu lat, podpisane równym koronkowym pismem, dostaję świąteczne kartki od  Joli Gorczowskiej.  Bywało, że dostawałam i listy,  nad podziw starannie... pismem wyszywane.  Nie byłoby w tym nic zmuszającego do zadumy – jesteśmy wszak sąsiadkami od kilkunastu lat – gdyby nie fakt, że Jola urodziła się z poważnym niedowładem rąk i nóg i skazana jest na wózek inwalidzki. Ostatnio na szczęście elektryczny i opiekę, bardzo oddanej najbliższej rodziny; dwóch braci i przykładnie zgodnych bratowych z pracowicie krzątającym się ojcem/teściem w tle.

Pierwszy raz widziałam malutką Jolusię chyba około 45 lat temu na cmentarzu we Wszystkich Świętych, trzymaną na rękach przez swego mocnego, przystojnego tatę, z zawodu kolejarza, z wykształcenia nauczyciela.  Już wtedy było widać, że Jolę trzeba.....nosić na rękach. Dosłownie i przenośnie. A przenośnie dlatego, że Joli zawdzięczam, a zapewniam, że nie tylko ja  jedna, wiele cennych chwil rozpogodzenia życiowego, podmuchu wiary, otuchy i siły na życie.  Dzieje się tak za sprawą Jej mocnego, pogodnego ducha, który jest codziennie wystawiany i hartowany przez wiele momentów upokorzeń i zmagań, ot choćby na tle prostych, przyziemnych czynności; jak wstać, jak się ubrać, jak się umyć, nakarmić, jak się usadzić na kanapie naprzeciw okna z przebłyskami na - bez pomocy bliźnich -  zakazany świat. Stoi u mnie w kredensiku specjalny zdrojowy kubek z wywiniętym uszkiem/rurką, czekający na rzadkie odwiedziny mej Sąsiadki, gdyż tylko z niego, ja - opiekuńcza niezdara - mogę ją poczęstować. Mój gość potrafi mieć poczucie dystansu, nawet humoru w odniesieniu do swej jak my - sami dalecy od pełnej sprawności – nazywamy to niepełnosprawnością.

Jola na szczęście ma również bardzo dobre wnikliwe oczy, słuch i wrażliwą pamięć. Jest bardzo oczytana, osłuchana radiem i telewizją.  Mówi piękną, składną polszczyzną, chciałaby się uczyć języków obcych. Namawiam Ją by pisała pamiętnik i by spisała dzieje swego rodu, którego to, śmiem wierzyć, byłaby najlepszym kronikarzem w rodzinie. Nikt przecież tak jak ona, przykuta do ,,nieruchomości’’ nie byłby w stanie podsłuchać niezliczonej ilości gawęd i zwierzeń jej dziadków gazdujących na Zagrodach z dziada pradziada,  wielokonarowym Bołoziańskim  drzewem/gniazdem.

Nikt inny bo niebędący w stanie na zawołanie zapisać, zanotować czy włączyć magnetofon nie byłby w stanie zatrzasnąć w sercu tylu szczegółów ze sagi swego zacnego rodu.  Jola bezwiednie, ale wrażliwie nasiąkała historią Zagród i bywała siedzącą encyklopedią na wiele rodzinnych pytań i odniesień, zwłaszcza pod szpitalną nieobecność mamy.

 

Ciocia Jola – rozszczebiotane podlatują koło niej rodzinne ptaszęta – latorośle dwóch braci. Kamil, Kasia, Łukasz i Agnieszka. Jest u tych dzieci dużo serca i odwzajemnionej opiekuńczości do cioci Joli.  Młodszy bratanek podarował jej kiedyś latem najpiękniejszy komplement jaki może spotkać  każdą ciocię.  Bawiąc się samotnie w piaskownicy (starsze stryjeczne rodzeństwo w szkole, mama w pracy, tata za granicą) zażądał, aby ciocia po prostu przy nim była, nawet jak się nie zna na budowaniu zamków z piasku, bo też i nigdy sama ani łyżki, łopatki ni wiadereczka w ręku utrzymać nie mogła.

O dziwo jednak jak Jola pięknie, precyzyjnie wyszywa. Obie z mamą dokonywały kiedyś hafciarskich cudeniek. Na granicy cudowności przecież  odbywa się Joli walka z pokrzywdzeniem ją przez los. Przewlekanie niteczek równiutko jak maszynowo, odliczając po dwie trzy nitki w płótnie, przewlekanie w podzieleniu na etapy, bo narzędzie pracy – ręce są prawie nieruchome, może napoić zdumieniem każdego obserwatora. Jest tych koronkowo-serwetkowych cacek w domu dość dużo (niektóre aż się proszą o muzeum) ale widywałam je też w kościele Bogu na chwałę ołtarze zdobiące. Z przyjemnością odkryłam, że Jola zaprzyjaźnia się z komputerem brata a bardzo przydałaby się jej własna wersja, dostosowana nieco do jej możliwości.

Może wtedy wcześniej potrafilibyśmy się wczytać w, śmiem wierzyć, cenne zapiski z

życia  i przemyślań Joli.

 

Nagła, młoda śmierć mamy (a poprzez nieszczęście dziecka pępowina uzależnienia i potrzeba wzmożonej miłości nigdy, myśląc symbolicznie, nie została chyba odcięta)

ta nagła śmierć, ten grom z jasnego nieba, była początkowo dla Joli ciosem nie do przyjęcia, nie do przeżycia. Łzy rozpacz i żal do niepojętych wyroków boskich towarzyszą każdej sierocie i wdowie, a co dopiero bezbronnej, przykutej do łoża w jednej pozycji.  Niejeden by się załamał i stracił wiarę. Czarne chmury rozpaczy i załamania  nawiedzały również i świat Joli. Ona tylko jedna wiedziała co straciła i żadna ilość łez tego żalu wypłukać z niej nie mogła.

Mam nadzieję, że w najbliższym wywiadzie (na który się zgodziła) wyjawi nam – zdrowym, chodzącym, dwunożnym śmiertelnikom – jak się walczy z rozpaczą gdy podkurcz rąk nie pozwala nawet własnych łez obetrzeć. Może otrzymuje się znaki we śnie? Może pojawiają się znaki na niebie i szepty powietrza, które mówią ,, nie jesteś sama, jeszcze trochę, a przecież i tak będziemy wszyscy razem’’. Może wyciąga rękę Chrystus Bóg poprzez podaną rękę wspaniałej bratowej - jednej, potem drugiej w harmonijnych duetach małżeńskich z braćmi Joli. Może daje Bóg znać o sobie w cieple emanującym z dalszej rodziny , wszystkich cioć i przyjaciół z dala i zza płota.

 

Pewna pani z ,,Limby’’ dała się namówić na ozdrowieńczą wizytę u Joli. Szłyśmy zatem nadpopradzkim bulwarem nie podziwiając ni srebra ni fal rzeki, nie ciesząc oczu widokiem gór i lasów bo serce tej pani pękało z żalu na swego męża alkoholika, który grosza na życie nie dawał a w częstych stanach umysłowej nieważkości obrzucał ją najgorszymi epitetami demonstrując przy tym charakterystyczną, chorobliwą, alkoholiczną zazdrość. Ona, istota jeszcze ładna i młoda o wrażliwej duszy oczekiwała zaś jeśli nie miłości to przynajmniej spokoju, a nie otrzymując go popadała w depresję i dolegliwości z nią związane. Celowo naprowadziłam ją zatem  na żywot i filozofię Joli wiedząc, że zrobię jej tym wielki podarunek. Wyszła od Joli zdrowa, jak wyznała, a następnego dnia, na wyścigi z czasem, przed wyjazdem, przyprowadziła grupkę czworga kuracjuszy, by podzielić się z nimi swym odkryciem.

Tylko człowiek, który przeżył w życiu warstwy bólu nie zgłębione może mieć takie oddziaływanie. 

 

Krystyna Kulej  2007


 

                            Hrabina Lichańska - Krynica

fragmenty z NADPOPRADZIA (1985 nagroda Piętaka)

poemat ,,Poprzez lat zarośla"

 

 

 

 

Właśnie pani, jaśnie pani, ksiądz dziekan, mecenas

zakończyli Zdrowaś-Mario, Ojcze-Nasz, ojczenasz

i kolację, moje masło, wątróbka na jutro,

spożywają. Odgłos srebra, na wieszaku futro,

lis się patrzy, mordka, niuczka, ślepiczka chytrusa,

patrzy, jak to pan mecenas hrabinie całusa

posyła w milczeniu, posyła na wietrze,

na dozgonną miłość, nierozstanie wieczne.

 

Ciocia Hela mnie wprowadza z dumą jaśnie pani,

że to Krysia  jest z Piwnicznej mojej siostry Hani.

W aksamitną rączkę, w prześwit płowych żyłek,

składam pokłon hrabinie strzegąc się pomyłek,

potem jaśnie księdza, pana w pierścień złoty,

on bierze za portfel, czerwone pięć złotych

mi wciska.

 

Piesek na to nieszczęśliw drze płaskiego nosa,

mierzy mnie nieufnie ślepotą z ukosa,

że się jego pani innymi zajmuje,

a już ósma wieczór, coś go w uchu kłuje,

bo był stary,

w przeliczeniu na człowieka bardzo stary.

 

Żegna pani księdza, mecenasa żegna,

Żegna jaśnie pani

białą rączką jak łabędź, pies odchodniów gani:

 

idźcież hau-hau, idźcież wreszcie,

mojej pani mi nie bierzcie,

bo ja piesek starowinek, ach ty lis, złaź z ramion,

jam już taki jest staruszek, że z śmierci wybawion

tylko wtedy, na tę chwilę, gdy ucho do piersi,

pod nią serce słyszę dobre, co płacze, że z sierści

znowu wyjdą rękawice, a może kubraczek

na mój grzbiecik co raz łysy, ach ja nieboraczek.

 

I opada pani na fotel bujany,

Bałguś słucha piersi ze szczęścia pijany,

przeciska pod dłonią główkę łysiejącą

na swą panią senną, na poły marzącą....

 

Czy on mnie naprawdę, czy jeno tę willę,

ale przecież chwileczkę pomyślawszy, chwilę,

wiedziałby, że dochód żaden, jeszcze na podatki

śle rodzina dary, szterlingowe datki.

O lata nie pyta, czyżby wiedział, ile

lat w metrykach węgierskich gdzieś zostało w tyle.

A może on nie willę, jeno plac z ogrodem

tak ceni?

Może jeno tak buja, że moją urodę?

A co, gdy odmieni czas moje oblicze?

Nie, nie, nie wyjdę, ja na siebie liczę.

 

Dzryń, dzryń, dzrrryń, Helen weź Bałgusia, zasyp ranki,

nad koszykiem mu parawan ze starej firanki,

grzej wodę na kąpiel,

ja niczego ci nie skąpie,

rusz się, dziełcho,

znowu halka ci wyziera.

 

Tak szarzały białe dłonie, czas je giął i skręcał,

nie oszczędził przy tym wzroku, nie oszczędził serca,

lecz najgorsze było później pęknięcie miednicy,

miesiącami gips-kołyska wśród fontann Krynicy.

 

Brała tedy jaśnie pani przeszłość w drżące dłonie,

stosy gazet z lat trzydziestych, pulsowały skronie.

Czy ja jeszcze z tego gipsu, czy choćby do bramy

przejdę kroków choćby dziesięć lekkością Halamy.

A Żeleński, ach ty Boyu, gdzie są twoje słówka,

już nie ujrzy słówek twoich moja Romanówka.

Przeszłość się skradała, Josephiny Baker,

Żelichowskiej Leny,

z półek same się zrywały czapeczki na bakier,

wiatr im śpiewał treny i z przekąsem pióropusze,

strusie, pawie, pawie

sen przeszłości gipsowały w bolejącej jawie.

 

I dziś jaśnie pani leży powalona,

Romanówka próchnieje, pamięć w oknach kona.

Złociste jej chryzantemy raz na Wszystkich Świętych

niesie Helen, stróż pośmiertny, bukiet wspomnień spięty

ciepłem dłoni, słów obręczą - nieziszczonych marzeń,

 

co wosk topią, płacząc z cicha wśród cmentarnych jarzeń.

 

Romanówka

 

Stoisz opuszczona, żałosna, ruderna

Robactwem zjedzona, mym wspomnieniom wierna

Romanówko – rozkwicie – chryzentemo w sośnie

Willo – zjawo strzępiasta, podrzeźbiana miłośnie

 

Jakie majstry cię wzniosły, kto ci żebra splatał

Jaki wiatr śród krokwi frędzle, wióra wymiatał

Poskręcane pejsy spod hebli pamiętnych

W potok przepaścisty, od tajemnic mętny

 

Sześćdziesiąt pokoi, wieżyczki, ganeczki

W każdym oknie spojrzenie w zdroje zdrowonośne

A gdy wody zawiodły i nadziei reszteczki

bólem śmierć zdławiała w kościach bezlitośnie

To szedł gościom z dzwonem kościół pobielany

Romanówce w modlitwach w kurii podchlebiany

 

Romanówko

Póki żyła hrabina, żyła w tobie dusza

Teraz tylko złe się w urągach zakrztusza;

Pchnąłbym cię pudliszcze, pchnąłbym w oberwisko

Stoisz jak, wybacz za szczerość, jaśnie-pośmiewisko

 

Póki żyła hrabina, ciocia – jaśniesługa

Rozświetlała tam szyby w jasność skrzydeł od pługa

Mecenasi, biskupi, jaśniekrewne z Krakowa

w pościel pobielaną i hafty w wezgłowiach

zjeżdżały co roku na wody i smaki

w przykładne, paradne, całujrączki deptaki.

 

A o tym co w Słotwinach, co powyżej, zacisznie

Co pęczniało przez zimę i lipcem wytryśnie

ponad serca wściągliwość – nie pożądaj, nie kradnij

Sercem w serce w ten lipiec szalony nie padnij

O tym tylko Żeleński – mistrzu, mój ty Boyu

Mógł hrabinie przypomnieć gdy w wieczystym ukoju

dopalała się lampka. Pani pogodzona

gorała bezradnie, śmiercią ugodzona

 

 

W austryjackich koronkach, na strychu, śród moli

 

Wdychałam świat tamten śród koronek zwoi

Wiły się metrami, paradnie w zaskrońcach

Nieposzyte suknie w niespełnionych słońcach

 

Nie miała potomstwa hrabina – lilija

Choć świat się w romansach w salonach przewijał

Żyła jaśniemłodością lat wciąż ujmująca

Znów biskup, mecenas i srebro zadźwięczy

I białe pończoszki, koturny w atłasach

ożyją zaskrzypią w malarstwach i czasach

nieprzemijających

 

Widzę jaśnie Panią w brokatowych rozkruszach

Helen, biały anioł dotrzymuje obrządku

Po kotarach przysiada uleciała dusza

Jakby już w zaświatach szukała zakątków

 

Nie powracaj Pani z cmentarnych czeluści

Bo Ci pod nogami śmierć w twej willi zasuści

 

Smutną chryzantemą Romanówka dycha

Wiersze wiatr podnuca koronkowym strychom

 

Tylko dzwon z przeciwka sercem w willę bije

Jakby wierzył, że willa jeszcze kiedyś ożyje

 

Anglia 1982

Pierwotna wersja ,,Romanówki " napisana w gwarze

 

Franciszek Łojas-Kośla                 

                           dr stanisława Trebunia-Staszel

 

                                                     Życiem pisane...

Poeta to człowiek, jakby trochę z innego świata, dotykający „tamtej strony” rzeczywistości. To artysta słowa zatrzymujący w swym dziele blask piękna i prawdy.  Dotykając granicy światów, poeta zwraca się jednocześnie do człowieka zanurzonego w natłoku codziennych spraw: zatrzymaj się na chwilę, spójrz i zadumaj się nad tajemnicą i urodą świata, w którym żyjesz. Bez artysty – jak mówił ksiądz Tischner –  ludzie chodziliby jakby we śnie i zawsze byliby tam, gdzie nie trzeba. „Bóg stworzył świat, jego prawdę - wywodził nasz filozof z Łopusznej - ale artysta robi z tego świata i  z tej prawdy dar dla ludzi. Krząta się koło tego, żeby ta prawda i ten Boski świat trafiły w oko i w ucho ludzkie, a przez oko i przez ucho - do serca”.

I takiego artystę słowa, który otwiera oczy ku widzeniu i uszy ku słyszeniu, poruszając serce ma też poroniańska społeczność, a wraz z nią  cała podhalańska wspólnota. Jest nim Franciszek Łojas-Kośla, potomek znakomitego rodu góralskiego, który już od 40 lat swym słowem odmalowuje piękno Boskiego świata wpisane w krajobraz podhalańskiej ziemi.

Na temat Łojasa Kośli napisano i wypowiedziano już wiele pięknych słów, wysoko oceniając jego kunszt literacki, podkreślając dojrzałość i głębię jego utworów. Hanka Nowobilska w liście sprzed dwudziestu lat do poety (1984 r.) napisała „serce mi rośnie, kie cytom Twoje wierse, ze Twoje górlalskie gęślicki głośne na Podholu i w Polsce telo pieknie śpiewajom”. Jan Skupień z Chicago nazwał Koślę „Petrarką Podhala”, Tadeusz Bednarski wybitnym twórcą „co słowem i rymem wiązanym artystycznie włada”, zaś Jan Pyrczak „oryginalnym poetą – nadzieją podhalańskiej kultury”. Ksiądz Tadeusz Juchas dostrzegł w poroniańskim poecie sługę słowa, który „zapala światełko Boże w człowieku”, a  profesor Anna Brzozowska-Krajka duchowego przywódcę regionalnego wzywającego swych braci do zachowania i rozwijania kulturowego dziedzictwa Podhala. Profesor Andrzej Jazowski przyrównał Koślę do „trybuna ludu”, który apeluje o solidarność grupową górali i mądrą naradę nad ginącą tradycją. Trzeba jeszcze dodać, iż twórczość  „zdajaca” z Poronina znalazła godne miejsce w światowej literaturze ludowej. Jego wiersze w tłumaczeniu Wiesława Krajki trzykrotnie wyróżnione zostały specjalną nagrodą przyznawaną przez jury międzynarodowego konkursu poezji organizowanego przez National Library of Poetry w Stanach Zjednoczonych.

A co my możemy powiedzieć o Franciszku? Czy znamy swego poetę, co siedzi cichutko w rodowej chałupie w Poroninie i patrzy na otaczającą rzeczywistość, na przyrodę i ludzi wśród których żyje, dostrzegając w tym naszym świecie zarówno to co raduje, jak i to co boli. Czy przyjmujemy jego słowo, kierowane do nas - spadkobierców podhalańskiej tradycji, odpowiedzialnych za jej przyszłość? Kośla chce z nami pogwarzyć, podzielić się swą myślą, swym odczuwaniem świata zapraszając do wspólnej wędrówki. Odpowiedzmy na to zaproszenie. Otwierając karty prezentowanej antologii, spróbujmy wsłuchać się w serdeczną nutę podhalańskiego poety.

W kręgu rodzinnej i regionalnej tradycji. 

A tymczasem zatrzymajmy się na chwilę, przywołując czas dzieciństwa i młodości, ten pierwszy świat, w którym wzrastał nasz poeta.

„Poezja jest mnom, bo siedzi we mnie, poezja  to miełość do ludzi, do mojej małej ojcyzny”.

To pojęcie małej ojczyzny kryje w sobie bogatą społeczno-aksjologiczną przestrzeń, w której rosła i dojrzewała dusza poety. To bliska sercu kraina dzieciństwa, ciepło domowego ogniska, postaci rodziców i najbliższych, to także przyroda, drzewa rosnące w zagrodzie, pola, łąki, po których biegał pasąc owce, to wreszcie widok na surowe i posągowe oblicze tatrzańskich szczytów. Poeta ze wzruszeniem mówi o tamtym czasie. Przywołuje atmosferę rodzinnego domu, w którym modlitwa i praca w gospodarstwie wyznaczały rytm codziennego życia, przeplatany atmosferą religijnych i rodzinnych świąt. Sercem rysuje portret matki „ukochanej, życzliwej, troskliwej”, która z miłością pochylała się nad każdym jego krokiem, zaszczepiając w nim ziarno wiary i miłości. „To był mój mały świat. Rano budził mnie śpiew Godzinek,  a wiecór układały do snu góralskie pociórki”. Dziś patrzy na ten swój świat z wielkim szacunkiem i miłością. To najdroższy skarb, rodowe i rodzime dziedzictwo, które  pragnie ocalić od zapomnienia. I dlatego zapewne jego poezja, wyrastając z miłosnego zapatrzenia w górski krajobraz i wsłuchania w ludową pieśń tak silnie splata się z dziedzictwem wyniesionym z rodzinnego domu, z wiarą i mądrością przekazaną przez rodziców, z umiłowaniem rodnej ziemi i ludzi, wśród których żył. „Nigdy nie zacząłbym pisać, gdybym nie czuł się tak ściśle wrośnięty  w tę ziemię, gdyby nie była mi najdroższa przeszłość mojej rodziny i wszystkich, którzy wyrośli pod Tatrami. Przejąłem po pradziadach i rodzicach wielki bagaż tradycji, którą chcę przekazać innym”.

Dorastając wśród swoich, wzbogacany o nowe doświadczenia, rozwijał Kośla serdeczną więź z najbliższym środowiskiem. Jako kilkunastoletni chłopiec często zanurzał się w lekturze przygodowych opowieści, które wypożyczał w szkolnej i gromadzkiej  bibliotece. Książka stała się dla Franciszka swoistym  przewodnikiem w intelektualnej i duchowej wędrówce. Czytanie przerodziło się w wielką przygodę, która otwarła przed nim bogaty świat ludzkiej wyobraźni. Odkrycie tego świata  wyzwoliło w Kośli pragnienie tworzenia i potrzebę wyrażenia własnego wnętrza. „Pokochołek ksiązki. Cytanie  dało mi polot”. Zapragnął pisać, chwytając do ręki pióro i powoli, nieśmiało zapełniając kartki papieru. Wtedy też spotkał na swej drodze osobę, która odegrała ważną rolę w jego artystycznej drodze. Był  nią Andrzej Skupień–Florek ze Stołowego, znany ówcześnie poeta i gawędziarz podhalański, a jednocześnie wspaniały człowiek, który jak wspomina Kośla, zawsze witał go ciepłym spojrzeniem, uśmiechem, podaniem ręki. Wprowadzał w świat ludowej poezji, radził i wspierał. To słowa Skupnia-Florka wypowiedziane na spotkaniu w Zakopanem do Kośli i Hejki „ja już odchodzę, a tu jest mój dalszy ciąg” stały się  dla młodego poety serdecznym zaproszeniem, sui generis bramą otwierającą wielką przygodę z poezją. Ten gest życzliwości rozpalił na dobre w sercu  początkującego, nieśmiałego poety żar tworzenia. Obdarowany „poetyckim błogosławieństwem”, z pasją sięgał do dzieł podhalańskich pisarzy. Utwory Tetmajera, Orkana, Zachemskiego i Suskiego uwrażliwiły go na sprawy regionu, wyostrzając krytyczne spojrzenie na problemy nurtujące współczesną kulturę Podhala. Jednocześnie wyzwoliły pragnienie włączenia się w misyjne dzieło służby dla rodnej ziemi. Słowa Orkana „Tradycja jest Twoją godnością, Twoją dumą, Twoim szlachectwem, Synu Chłopski. Dbaj o zachowanie spuścizny Twych ojców, rodzimej sztuki, rodzimej kultury” stały się dla poety z Poronina drogowskazem, ideowym programem, który postanowił realizować w swym życiu, w swej poetyckiej twórczości i społecznej działalności. Razem z Parą Hejką, drugim poetą z Poronina, spotykali się wieczorami, prowadząc rozmowy na temat twórczości ludowej, jej istoty, zgłębiając tajniki warsztatu twórczego. Czytali wiersze współczesnych im poetów podhalańskich, śledzili ich poczynania. Kośla wiele zawdzięcza dysputom z Hejką. To na gruncie burzliwych rozmów, kiedy ukwalowali i sprzeczali się ze sobą,  przekonując do „własnych światów”, zrodziła się pełna afirmacji postawa Kośli wobec życia, wobec drugiego człowieka i wobec siebie samego. Spojrzenie na świat z wiarą, nadzieją i miłością  pozwoliło tworzyć Kośli „rzeczy piękne”, wypowiadać urodę świata i ludzką prawdę.

„Zeby pisanie miało sens cłowiek musi sie wyzwolić od natręctw, od marności światowych. Musi być wolny, ślebodny. Otworzyć się na drugiego człowieka, na świat, na jego piękno. Jak nie bedzies umioł się wyzwolic, jak nie pokochos ludzi, kie skupis się na sobie, zamknies się w sobie – jo i nikt inny – nie urodzi się nic”.

Te słowa będące świadectwem pogłębionej refleksji nad życiem, są chyba najpiękniejszym ujęciem Koślowego pojmowania świata i poetyckiego powołania. Jego poezja i to nie tylko ta wyrażona językiem literackim, ale także ta bliska, wypowiedziana gwarą, ubrana w szaty podhalańskiej tradycji swą głębią dotyka jednocześnie uniwersalnych, ogólnoludzkich spraw. Mówi o człowieku, jego duchowej i fizycznej egzystencji, o życiu, w które wpisane jest doświadczenie dobra i  zła, w którym radosne uniesienie przeplata się ze smutkiem, i któremu towarzyszy zaduma nad przemijaniem i odwiecznym pytaniem o sens istnienia. Kośla operując językiem rodzimej kultury potrafi  mówić o ludzkim doświadczeniu, jakby wtórował ks. Tischnerowi: „Kultura góralska jest wielka nie przez to, że jest góralska, ale przez to że jest ludzka. Że z niej promieniuje  prawda, prawda o człowieku...”.

 Podhale to moi bracia, ci żyjący pod Giewontem jak i za Wielką Wodą.

W 1990 r. Franciszek Kośla żegnał swych bliskich, swą umiłowaną ziemię i ojczyznę  udając się do Stanów Zjednoczonych. Jechał na zaproszenie Związku Podhalan w Ameryce Północnej na XXI Sejm tej organizacji. W Chicago pozostał do 1997 r. Pobyt na ziemi Waszyngtona zapisał się w życiu naszego poety jako ważne, ale i bolesne doświadczenie. Po serdecznym powitaniu na lotnisku przez Poronianów i poczęstunku w Biołej Izbie Związku Podhalan przyszło zmierzyć się z nieznaną i obcą rzeczywistością. Radość ze spotkania szybko stłumiona została poczuciem osamotnienia, osamotnienia tym bardziej dotkliwego, bo zrodzonego „wśród swoich”. W tych trudnych chwilach, kiedy dotykał „dna emigracyjnej tułaczki” szukał nadziei w modlitwie, czerpiąc siłę z Różańca, którego nauczyła go matka. Wiara w opiekę Matki Bożej, jej orędownictwo pomogła przezwyciężyć chwile załamania, zapalając do gorętszej modlitwy i niesienia tej siły innym. Swą tęsknotę, przeżycia, doświadczenia przelewał na papier, odnajdując w pisaniu swoiste ukojenie. I tak rodziła się chicagowska twórczość Kośli przepojona tęsknotą za Ojczyzną, ale też brzemienna w refleksję i krytyczny osąd rodaków mieszkających w Stanach. W zasadzie Kośla nigdy nie pogodził się ze swym losem emigranta, nigdy nie udało mu się zagłuszyć pragnienia powrotu do ojczystego kraju, do którego zachęcał też swych braci:   „Cobymy w tęsknocie za Podholem nigdy nie byli pocieseni”. Nigdy też nie zaakceptował emigracyjnej filozofii życia. Jak sam wyznał profesorowi Andrzejowi Jazowskiemu, bolała go niezgoda wśród Polaków, brak solidarności grupowej, a także wypaczenia natury moralnej, szczególnie zaś rozwiązłość przejawiająca się w tzw. „chicagowskich małżeństwach” budowanych na krzywdzie pozostawionych w kraju żon, mężów i dzieci. W swych wierszach piętnował te wady. Uderzał słowem w umysły i serca Podhalan, raniąc ale i budząc sumienia. Dlatego jego amerykańskie utwory, jak zauważyła A. Brzozowska-Krajka przybrały charakter buntu, apelu, odezwy, prośby. Kośla wielokrotnie przemawiał na forum Związku Podhalan, przypominając Podhalanom, by zachowali wiarę i tradycję ojców, by pozostali wierni wartościom wyniesionym z ojczyzny. Tak było, gdy wygłaszał wiersz „Powiedz mu” będący rozpaczliwym wołaniem żony o powrót męża, czy też wtedy, gdy w odezwie „Podhalanie” zwracał się o jedność górali.  I choć były to gorzkie słowa, to słuchali go Podhalanie i zapraszali na swe spotkania. Cieszyli się jego obecnością, a i on rad był, że może być pośród swoich. Aktywnie działał w amerykańskim Związku Podhalan. Został członkiem Koła nr 45 Poronin, gdzie pełnił funkcję chorążego. Brał udział w podhalańskich uroczystościach, związkowych spotkaniach i wieczornicach, uczestniczył w świętach kościelnych i patriotycznych.  Kilkakrotnie zasiadał w jury festiwalu „Na góralską nutę”. Zawsze z godnością, ubrany pięknie w swoje góralskie odzienie niósł sztandar poroniańskiego Koła. Swą rzetelnością i postawą zjednał sobie szacunek i to nie tylko w kręgach podhalańskich. W Centrum Chemicznym, gdzie pracował udało mu się stworzyć swoistą wspólnotę ducha. Przeciwstawiając się niezdrowej atmosferze w pracy, założył Żywy Różaniec, wydobywając tym samym „dobro uśpione w sercach swych współpracowników”. W Chicago pozostawił po sobie dobre wspomnienie.  Jan Skupień w Dzienniku Związkowym z 1996 r. roku napisał o naszym poecie. „Fenomenem jawi się fakt, że swoje posłannictwo (...) wobec bliższej Ojczyzny – Podhala i Górali – umiłowanie wolności, dumę, honorność kształtujące podhalańską kulturę spełnił na ziemi Waszyngtona”. 

 

Wartość etnograficzna dzieł Franciszka Łojasa-Kośli. 

Twórczość Franciszka Kośli oprócz walorów artystycznych i literackich niesie w sobie bogatą i zróżnicowaną wiedzę etnograficzną. Jego wiersze, sztuki sceniczne, szkice, opowiadania, felietony, zapiski i wspomnienia stanowią cenny materiał źródłowy do poznania zarówno dawnej, jak i współczesnej kultury Podhala. Utwory osadzone w górskiej scenerii i splecione z życiem podhalańskiej społeczności umożliwiają wniknięcie w  „góralski świat”.

Szczególnie urokliwe i nastrojowe są jego liryki oddające piękno i specyfikę dawnej kultury góralskiej.  Plastycznym i żywym słowem odmalowują obrazy z życia góralskiej społeczności z bogactwem obrzędów, wierzeń i zwyczajowych zachowań. Posługując się staroświecką gwarą, Kośla wyczarowuje starodowny cas. Poprzez słowo potrafi oddać piękno góralskiej muzyki, tańca, powagę wieczerzy wigilijnej, atmosferę wiejskich posiadów, wypowiedzieć radość, smutek i miłosne spojrzenie. Jego wiersze  wprowadzają czytelnika w archaiczną, można by rzec, mityczną przestrzeń wypełnioną rzewną góralską nutą, tęsknym śpiewem pasterek i juhasów, wyskaniem dziewcząt, dźwiękiem dzwonków pasących się  na hali owiec, ciepłem płonącej watry. Tętni w nich dawne życie, pulsuje świat emocji i uczuć. Plastyczność obrazu potęguje sceneria, w której osadza swe utwory: surowe piękno górskiego krajobrazu, „pochność pól, sum potoków, hyr scytów”. Jego poetyckie obrazy przeszłości są kwintesencją dawnej, „hyrnej” góralszczyzny.

Wiersze Kośli nie tylko przywołują piękno rodzimego pejzażu, ale często nasycone są społeczną myślą, troską o losy podhalańskiej tradycji. Obecna w nich tęsknota za „archaiczną idyllą” przeplata się z refleksją nad skutkami dokonujących się aktualnie przeobrażeń. Nieroztropność górali, przyzwalających na umieranie góralskiego zwyku, wywołuje w poecie sprzeciw i bunt, który przeradza się następnie w wołanie o ratowanie rodzimego dziedzictwa. Kośla jest wnikliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. Dostrzegając problemy współczesnej góralszczyzny w swych wierszach upomina, pobudza do refleksji i wskazuje drogi postępowania. Tym samym jego utwory są sui generis komentarzem współczesnej sytuacji,  wnosząc wiele  interesujących spostrzeżeń na temat stanu podhalańskiej kultury w drugiej połowie XX w., kierunku jej rozwoju i przeobrażeń. Jego twórczość nasycona osobistym zaangażowaniem jest też cennym źródłem do badań nad podhalańskim regionalizmem, jego ideowym i praktycznym obliczem, zarówno w Polsce jak i w Stanach Zjednoczonych. Przybliża bowiem postawy, aspiracje i pragnienia najbardziej wiernych synów podhalańskiej ziemi, zaangażowanych i oddanych idei pracy regionalnej dla dobra małej i wielkiej Ojczyzny.  W tym sensie jego utwory poetyckie można uznać za etnograficzny dokument góralszczyzny drugiej połowy XX wieku. 

Mówiąc o wartości etnograficznej twórczości Kośli nie sposób nie wspomnieć interesującej pracy napisanej prozą pt. „Dziedzictwo rodowe”. Publikacja będąca zbiorem zróżnicowanych gatunkowo i tematycznie tekstów dostarcza wiedzy etnograficznej z różnych dziedzin życia podhalańskiej społeczności.  Obok historycznego opracowania  „Saga rodu Łojasów-Koślów” autorstwa B. Chowańca-Lejczyka, znajdujemy w niej szkice autora dotyczące obrzędowości rodzinnej i dorocznej, bogaty wybór przyśpiewek góralskich, wykaz przysłów, powiedzonek a także informacje z zakresu medycyny ludowej, ziołolecznictwa i wiedzy meteorologicznej. Wśród wspomnianych tekstów na szczególną uwagę zasługuje jednak rodowa opowieść matki Franciszka Kośli. Ta fascynująca, uderzająca swą prostotą i szczerością opowieść o życiu rodzinnym pozwala czytelnikowi wniknąć w świat dawnej kultury Podhala. Przed oczami stają nam postaci rodu Koślów i Siedlorzy, ich krewnych, powinowatych,  sąsiadów, bliskich i dalekich znajomych. Poznajemy realia codziennego i odświętnego życia podhalańskiej społeczności z przełomu XIX i XX w., panujące ówcześnie stosunki społeczne, mentalność, obyczajowość. Dzięki przezroczystej narracji matki, (wierny zapis relacji zarejestrowanej na taśmie) wchodzimy w świat bohaterów, współczujemy młodym dziewczynom i kawalerom skazanym na „ożenek po woli rodziców”, bezbronnym dzieciom bitym do krwi, żebrakom, przed którymi w mroźną noc zamykają  się drzwi góralskich chałup. Wyłaniający się z opowieści obraz podhalańskiej społeczności, zaskakuje i zdumiewa swą bezpośredniością oraz nagą prawdą o ludziach żyjących na skalnej ziemi, ich zajęciach, przeżyciach, rozterkach, wzajemnych relacjach. W opowieści matki kruszeją dotychczasowe figury, schematy, stereotypy ludowego obrazowania świata. Znika owa idylliczna, urzekająca kraina tradycji, którą znamy z wierszy Kośli. To inny świat, to twarde i surowe życie, chciałoby się powiedzieć za księdzem Tischnerem, życie takie jakie ono jest. To interesująca o pierwszorzędnym znaczeniu lektura  umożliwiająca poznanie żywej przeszłości. Będąc świadectwem epoki z przełomu XIX i XX w. pobudza też do refleksji nad współczesnym życiem, nad naszymi wyborami i relacjami z innymi ludźmi.

W twórczości Kośli  zwraca uwagę także bogata staroświecka gwara, którą poeta swobodnie włada, i która jak zauważył śp. Tadeusz Staich precyzyjnie przekazuje góralską myśl.  Dla współczesnego mieszkańca Podhala stosowane  przez Koślę  archaiczne, jędrne wyrażenia gwarowe brzmią już nieco egzotycznie. Niestety umierają słowa, które nie znajdują odpowiednika w aktualnej rzeczywistości. Kośla wiedząc o tym, wychodzi zagubionemu czytelnikowi naprzeciw. W swych publikacjach zamieszcza wykaz zdefiniowanych słów gwarowych, ułatwiając tym samym odszyfrowanie zapisanego, a można by powiedzieć „zaczarowanego” staroświecką gwarą świata. Koślowe słowniki wzbogacając wiedzę na temat języka, którym jeszcze w latach 50. XX w. posługiwali się mieszkańcy Podhala są cennym przyczynkiem do badań nad gwarą podhalańską i zapewne zostaną spożytkowane przez autorów powstającego obecnie Słownika Gwary Podhalańskiej. 

I jeszcze jedno. Nasz poeta posiada też swoje małe, prywatne archiwum. Jest kolekcjonerem dawnych rzeczy. Od kilkudziesięciu lat skrupulatnie gromadzi dokumenty z przeszłości. W swych prywatnych zbiorach posiada materiały historyczne, w tym pieczołowicie przechowywane dokumenty kancelaryjne rodu Łojasów-Koślów z lat 1815-1898,  stare fotografie mieszkańców Podhala oraz  niezwykle cenny zbiór listów podhalańskich emigrantów pisanych gwarą. Kośla rejestruje rownież współczesną mu rzeczywistość, gromadząc fotografie i materiały prasowe związane z jego twórczością, a także z życiem poroniańskiej wspólnoty. Zebrane przez niego materiały posiadają dużą wartość poznawczą, zasługują na uwagę i opracowanie. Wraz ze swym mistrzem czekają na tych, którzy chcą poznać okruchy dawnego świata.

We współczesnej rzeczywistości, gdy tradycyjny świat kultury z archaicznymi formami i kształtującym go światopoglądem ludowym odchodzi już w przeszłość, gdy zanika już bezpośredni międzypokoleniowy przekaz, słowo pisane staje się tym co ocala „tradycję” od zapomnienia. Literatura utrwalając piękno i specyfikę przemijającej rzeczywistości pozwala wniknąć w świat minionych pokoleń, dotknąć „żywej przeszłości”. I taką też wartość posiada dorobek literacki poety z Poronina, którego utwory niosą ślad podhalańskiej kultury, a w niej zapisaną prawdę o ludziach żyjących na skalnej ziemi. Kośla utrwala to co minione, a zarazem bliskie, cenne i piękne, pozostawiając także dokument epoki, w której żyje. To niezwykle bogaty i ciekawy materiał etnograficzny, dostarczający cennych informacji  na temat przeszłej i współczesnej kultury regionu Podhala.

Odrodzenie pieśni.    

Twórczość Franciszka Łojasa-Kośli, jego poetycki zasiew myśli potwierdzony aktywną postawą, zaangażowaniem w społeczną działalność Związku Podhalan przynosi dziś owoce. Jego poezję niesie w dłoniach poronińska młodzież. Młodzi chłopcy i dziewczęta z zespołu „Regle” czerpią obficie z twórczości swojego poety. Szkice Kosli są osnową wielu artystycznych programów ukazujących dawną kulturę, ale też nawiązujących do aktualnych wydarzeń, jak np. sztuka napisana na uroczystość prymicji Wojtusia Galicy. Teksty artysty ubrane w góralską nutę znajdują dziś godne i wyjątkowe miejsce, wpisując się w liturgię mszy świętej. Są piękną, płynącą z głębi serca modlitwą. Modlitwą szczególną, bo wypowiedzianą pierwszym i najbliższym językiem gwary. Z iskierką w oku mówi Kośla o swej religijnej twórczości. Cieszy się patrząc na rozśpiewaną  młodzież, bo dokonało się to, o czym pisał ćwierć wieku temu w tomiku „Śpiewke osotać”. Jego słowo współbrzmiąc z głosem innych podhalańskich twórców i działaczy wskrzesiło góralszczyznę, odrodziło podhalańską pieśń.

Dziękujemy Ci nasz Poeto za Twoje słowo, za Twoje świadectwo umiłowania i zatroskania o dziedzictwo naszych Ojców, za Twoje przemyślenia, za odwagę mówienia prawdy, czasami gorzkiej i bolesnej. Dziękujemy, że budzisz uśpione sumienia górali, tych pod Giewontem i nas za Wielką Wodą, ukazując świat wartości. Jesteśmy wdzięczni, że dar, którym obdarzył Cię Najwyższy, niesiesz innym, że dzielisz się nim z nami. Twoja twórczość wpisuje się pięknymi zgłoskami w dorobek i spuściznę  kulturową Podhala, ocalając dla nas i potomnych  piękno podhalańskiej ziemi i bogactwo zrodzonej na niej tradycji. Ocalając kulturę ocalasz i nas samych, nasz ludzki świat i naszą góralską wspólnotę - naszą tożsamość.    

 

                                                             

 

 ROBERT MAŁOLEPSZY O LINGVASOS ( ,,NOWY CZAS''  DEC. 2011)

 

Czasem kilka słów może uratować życie. Dosłownie. Gdyby Robert Dziekański potrafił powiedzieć, chociażby najbardziej łamaną angielszczyzną „My family waiting for me”, być może nie doszłoby do tragedii na lotnisku w Vancouver kilka lat temu. W 4. Terminalu lotniska Heathrow, w przypadku pasażerów z trudnościami językowymi procedura jest prosta – dzwoni się po tłumacza Krystynę i innych. A gdy Krystyna pyta jaki język wchodzi w grę, pada odpowiedź -  nie wiem, to ty nam powiesz.

 

Zdarzenie z ostatnich dni. Ląduje samolot z Peru. Jeden z pasażerów ma problem, ale nikt nie wie o co chodzi. Mówi językiem niepodobnym do żadnego z jakim personel miał do czynienia. Indianin? Nie, Litwin. W końcu okaże się, że coś-niecoś rozumie i mówi po rosyjsku. Telefon do punktu informacyjnego Terminalu 4. Krystyna Kulej jest akurat na dyżurze. Chwilę później już wie o co chodzi. Litwin pojechał w podróż życia – oferta za 1000 euro – do Peru. Wcześniej przez sześć lat pracował w Irlandii. Tylko ze swoimi albo z Polakami. Po polsku zna kilka słów, ale raczej nie do zacytowania. Po angielsku zupełnie nic. Irlandczycy pracowali w swojej grupie oddzielnie. Jedyne co powtarza w szoku to: no Englisz, no mony. Gdy wyszedł z peruwiańskiego lotniska w Limie szukał taksówki. Ktoś wskazał mu stojące dalej od budynku, jako tańsze. Poszedł w ich kierunku.  Potem już nic nie pamięta. Gdy się ocknął bolała głowa i nie miał przy sobie żadnych pieniędzy. Tamtejszy konsulat litewski kupił mu bilet do Londynu. Dalej już nie wie co ma ze sobą zrobić.

            Pani Krystyna nie może się nadziwić – być sześć lat w anglojęzycznym kraju i zero porozumienia. Co zrobić, trzeba pomóc. – To tak się mówi, że tylko przetłumaczyć z angielskiego albo na angielski. Naprawdę to czasem załatwia się czyjąś sprawę od początku do końca – tłumaczy pani Krystyna. Zagubiony mężczyzna nie wie z kim się skontaktować, nie ma nawet na telefon. Polka ustala numer do konsulatu. Nie śpieszą się z pomocą swojemu rodakowi. Trzeba załatwić z ochroną lotniska, żeby nie robili problemów i z Travel Care gdyż jakiś czas będzie tu koczował. Jest bez pensa przy duszy, a pewnie głodny. Kupi mu się coś lub dostanie  do jedzenia w kantynie pracowniczej. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz – różne już bywały przypadki.

            Jest na Heathrow ponad 30 lat, z tego 26 na Terminalu 4, jako pracownik BAA (British Airports Authority) – firmy zarządzającej sześcioma brytyjskimi lotniskami, w tym największym – londyńskim Heathrow. Przez wiele lat była zatrudniona w ochronie, teraz w informacji.

 

Na lotnisku o kłopot nietrudno

Takie lotnisko, to prawdziwa Wieża Babel. Kilkadziesiąt milionów pasażerów rocznie, dziesiątki języków, dialektów. I tysiące spraw każdego dnia. Bywa, że drobnych, ale dla kogoś istotnych. – Wystarczy, że pasażer pomyli walizkę przy odbiorze bagażu, a o to nietrudno, bo większość jest koloru czarnego. Gdy po opuszczeniu komory celnej dostrzeże błąd, nie może ot tak sobie wrócić – oddać cudzą i zabrać swoją. Jest cała procedura. Dla kogoś znającego angielski, to jedynie stracone trochę czasu. Dużo trudniej z osobami, którym w żadnym popularnym języku nie da się wytłumaczyć jak mają postąpić – opowiada Polka.

            Utrapieniem personelu lotniska są zapominalscy, którzy zostawili coś w samolocie – bagaż podręczny, portfel, książkę, albo ukochanego pluszowego misia. Ani sami nie mogą wrócić po zgubę, ani raczej nikt z obsługi lotniska nie pobiegnie szukać igły w stogu siana, jakim jest np. telefon komórkowy w Jumbo jet-cie. Można najwyżej poprosić sprzątających, żeby zwrócili uwagę na taki lub inny przedmiot – czasem zwrócą. Jakkolwiek pani Krystyna, w myśl zasady „solidarny Polak potrafi”, nieraz potrafiła pobiec do samolotu i szukać czyichś „skarbów” - przeważnie kosztem swojej przerwy na posiłek.

           

Wystarczy 500-tka

Zdarza się, że robi za adwokata albo męża zaufania. Na cele ułatwienia podróży poszła w uciążliwe zapasy z sześcioma językami, oprócz polskiego i angielskiego także z niemieckim, włoskim, rosyjskim i esperanto. Pomaga w różny sposób nie tylko rodakom. I nie tylko doraźnie. Wśród Polaków na lotnisku słynne są już jej ściągi językowe. Pierwszą napisała ponad siedem lat temu. Były to najpopularniejsze wyrazy oraz zwroty używane na lotniskach w językach angielskim, włoskim i hiszpańskim. Odkryła, że na dwustronnie zapełnionej kartce formatu A3 mieści się aż około pół tysiąca wyrazów. Zmyślnie rozmieszczone słówka i całe zdania łatwo odszukać, gdy są akurat potrzebne. Odbija na koszt pracodawcy-sponsora po kilkadziesiąt egzemplarzy. Dostają je podróżni i personel. Także sprzątający halę do których również pasażerowie zwracają się o pomoc. Szefowie zauważają, że to „niegroźne hobby” Polki, naprawdę przydaje się firmie.

            Nadchodzi rok 2004 – na Heathrow ląduje coraz więcej Polaków. Dla wielu angielski, to język bardzo, bardzo obcy. Nie wiedzą jak zapytać, gdzie jest stacja metra, jak dojechać, jak znaleść pracę... W trybie alarmowym powstaje polsko-angielska wersja „Travel = Podróż”. - Jest niemało słowników i różnych rozmówek polsko-angielskich, jednak nierzadko zawierają one zwroty mało przydatne, albo sformułowania bardzo trudne pod względem gramatycznym. Niewiele wyrażeń odnosi się do sytuacji, gdy ktoś znajdzie się w kłopocie, gdy go okradli, gdy ma jakiś problem ze zdrowiem. - W fast-foodzie wystarczy, że pokażemy palcem na planszę z fotografią posiłku, który chcemy. W przypadku zgubienia bagażu, trzeba już powiedzieć dużo więcej – pani Krystyna wyjaśnia ideę swoich ściąg.

            O skali problemów językowych wśród rodaków Krystyna przekonuje się dopiero w Slough, gdzie mieszka. Swego czasu głośno było o tym mieście ze względu na masowe oszustwa i wyzysk emigrantów z Polski. Nie tylko zresztą przez Polaków. Na łatwowierności i braku znajomości angielskiego wśród przybyszy znad Wisły z powodzeniem żerowały też inne, emigranckie nacje.

 

Polka wśród gwiazd wolontariatu

Krystyna Kulej niejednokrotnie interweniuje w takich sprawach. Jako członek Amnesty International odważnie staje przeciw różnym ciemnym typom, gdy niejeden mężczyzna miałby solidnego pietra. Wie jednak, że najlepszą drogą do ukrócenia wykorzystywania Polaków jest poznanie powszechnie używanego tu języka. Błyskawicznie staje się ,,ekspertem” od budownictwa i tworzy ściągę, która będzie powszechnie nazywana „Konstrakszn”. Wiele kobiet pracuje przy sprzątaniu mieszkań – potrzeba zatem kolejnej ściągi - „Dom, Domestic, Family”. Miejscowe Brytyjki żądają zaraz wersji angielsko-polskiej z wymową fonetyczną, by zrozumiale przekazać instrukcje po polsku. W opracowaniu jest też mini słowniczek ,,Lodgers -  Lokatorzy”, ,,Police” i ,,Car-samochód”

            Pracy co niemiara, więc trzeba jeszcze... dołożyć sobie więcej. Po wejściu Polski do Unii Krystyna zorganizowała lekcje angielskiego przy polskiej parafii w Slough. Wymyśliła autorski program nauczania. Założyła, że wszyscy chętni nie będą w stanie przychodzić co niedzielę na zajęcia, więc każde spotkanie było zamkniętą całością – gdy ktoś opuścił kilka lekcji, to wciąż mógł bez trudu uczyć się kolejnych bloków tematycznych. - Te zajęcia prowadziłam przez blisko rok. Potrzebowałam pomocy, bo już nie byłam w stanie wszystkiemu podołać. Niestety, tylko jedna pani, Jadwiga Prober wyraziła chęć współpracy – mówi z żalem Krystyna.

            Pisze kolejne ściągi, m.in. Medyk, Hydraulik. Trzykrotnie kwalifikuje się do  konkursu organizowanego dla personelu przez BAA  pod nazwą  I-Volunteer – to już bardzo wiele i kilkaset funtów na dalszą działalność. Co roku wyłaniani są także laureaci mający szczególnie osiągnięcia w wolontariacie. Zwykle to wieloosobowe zespoły mogące poszczycić się np. zebraniem znacznych kwot na duże charytatywne programy pomocowe. W 2008 roku, na kolejnej gali konkursu, w ekskluzywnym Renaissance Chancery Court Hotel, Krystyna nie przygotowała sobie nawet przemówienia. Dosłownie na chwilę przed ogłoszeniem wyników, bez cienia fałszywej skromności, przekonywała niżej podpisanego, że na pewno nie zostanie laureatką jednej z głównych nagród. Sekundy później, w iście oskarowej oprawie, odczytano nazwisko -  Krystyna Kulej.

 

Te słowa ratują

Nagroda pozwoliła pani Krystynie spełnić jedno z marzeń – uruchomić strony internetowe z pomocą językową dla wszystkich, którym jest to potrzebne. Strony: http://www.lingvasos.pl albo http://www.lingvasos.iaw.pl naprawdę warto dodać do zakładki „ulubione”. Ich podtytuł: „Słowa, które ratują życie” oddaje je cały sens tego przedsięwzięcia. Całkiem prawdopodobne, że gdyby Robert Dziekański potrafił powiedzieć, chociażby najbardziej łamaną angielszczyzną „My family waiting for me”, nie doszłoby do tragedii na lotnisku w Vancouver. (Policja użyła zabójczego paralizatora). Na stronach również do pobrania i wydrukowania wszystkie ściągi w poszerzonych wersjach. Autorka nie tylko nie zastrzega sobie copyright-u, ale wprost zachęca do powielania i rozpowszechniania tych materiałów, gdzie tylko można.

            Przed Londynem niebawem wielki sprawdzian – Olimpiada. Na Heathrow pojawią się miliony kibiców. Krystyna Kulej pracuje już nad sześciojęzycznym słownikiem „Travel SOS”. Niewątpliwie nakład nie zaspokoi popytu. Będzie też specjalna wersja dla... polskich olimpijczyków. Były (z życia nie wybyły) małżonek pani Krystyny, najwybitniejszy polski pięściarz wszech czasów Jerzy Kulej, obiecał zainteresować tym projektem Polski Komitet Olimpijski.

            I jeszcze zbliżają się święta – najtrudniejszy czas dla lotnisk. Od lat są w tym okresie problemy z pogodą, przeciążonym rozkładem lotów, strajkami, awariami maszyn. Serwisy informacyjne pełne są doniesień o odwołanych lotach i tysiącach pasażerów koczujących na lotniskach, którzy nie zasiądą z rodziną przy wigilijnym stole. Ale dla pani Krystyny najtrudniejsze były święta na lotnisku dokładnie 30 lat temu. Jako pracownica LOT-u na Terminalu 2 niewiele mogła powiedzieć Polakom chcącym wrócić do kraju. Z powodu Stanu Wojennego zawieszono loty do Warszawy i nikt nie wiedział na jak długo. – Wszystko co mogliśmy zrobić, to częstować rodaków kawą, herbatą, słodyczami i dzielić z nimi łzy... Z kraju wtedy  wolno było wywieść pięć dolarów, a pozwolenie na legalną pracę w Anglii graniczyło z cudem. Sami nie wiedzieliśmy jak będzie i kiedy odleci pierwszy samolot – a wspomnienia pęcznieją na oddzielną książkę – dodaje Krystyna.

Robert Małolepszy

Krystyna Dulak-Kulej jest także poetką, prozaikiem oraz dziennikarką. Pełni funkcję sekretarza Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą.

Fot. Robert Małolepszy

                                                      ***

 Jan Paweł II

Oczywiście, dziś społeczeństwo dysponuje odpowiednimi środkami samoobrony.  Musi tylko chcieć je stosować.  Właśnie w tej dziedzinie budzi obawy pewna bierność, jaką można dostrzec w zachowaniu wierzących obywateli. Odnosi się wrażenie, że niegdyś było bardziej żywe ich przekonanie o prawach w dziedzinie religii, a co za tym idzie, większa gotowość do ich obrony z zastosowaniem istniejących środków demokratycznych.  Dzisiaj to wszystko wydaje się w jakiś sposób osłabione, a nawet zahamowane, może także z powodu niewystarczającego przygotowania elit politycznych.

 NATURALLY, TODAY’S SOCIETY HAS THE MEANS TO DEFEND ITSELF. Yet society must have the will to do so. And it is in this aera that certain passivity in the attitude of believing citizens gives cause for concern.  It seems as if their sense  of their religious rights was keener in the past, when they were readier to defend them through the democratic means at their disposal. Today such reactions are much more muted and have virtually gone into obeyance, partly perhaps because of insuvvicient preparation of the political elite

 

 ZBIGNIEW BARTUS -

W OBRONIE POLSKI POZA POLSKĄ (FAWLEY COURT)

Nawiązujac do wypowiedzi ks. Wojciecha Jasińskiego z niedzieli 4-maja 2008 w ,,Tygodniu Polskim’’ chciałem dorzucić parę swoich zdań na temat Fawley Courtu. Po pierwsze dlaczego używa się obcego słowa ,,alienacja’’ a nie polskiego słowa ,,sprzedaż’’, łatwiejszego do zrozumienia -  w zdaniu  ,,Stolica Apostolska... wyraziła zgodę na alienacje tych dóbr kościelnych’’. Dlaczego nie informowano nas, który papież i na jakiej podstawie wyraził zgodę na tę transakcję. Kiedy pierwszy raz spotkałem ks. Jarzębowskiego w początkach lat 50-tych były to czasy kiedy społeczeństwo powojenne żyło po hostelach i jednym z tych hosteli był hostel Checkendon koło Henley.  Ks. Jarzębowski odwiedził ten hostel i powiedział do nas w kazaniu, że ma zamiar kupić Fawley Court od Lady Makenzie prosząc nas o pomoc finansową. Trudno wymagać, żeby dziś, pół wieku później, każdy z nas miał wydzieloną, udokumentowaną działkę w Fawley Court. Mam jednak prawo zabrać głos bo byłem jednym z tych, którzy osobiście zbierali pieniądze, na odezwę księdza Jarzębowskiego i  ja je przekazywałem naszemu proboszczowi Stanisławowi Nowakowi. Jego nazwisko jest umieszczone w kościele św. Anny na tablicy fundatorów obok m.in. prezydenta Kennedyego i księcia Radziwiłła. Pieniądze zbierane były cały rok nie tylko w naszym ośrodku, ale po wszystkich parafiach nawet w Preston i Manczester nie mówiąc już o Londynie i przyległych parafiach. W tych czasach nikt prawie nie posiadał książeczki czekowej więc przekazywano gotówkę księżom w parafiach, a następnie na konto księży Marianów.  Ponieważ była to ofiara nikt nie żądał pokwitowania.   Każdy wierzył, że pieniądze przekazane księżom Marianom będą użyte jako wpłata na zakup Fawley Courtu.   Ksiądz Jarzębowski podkreślał, że to jest i będzie nie tylko szkoła dla polskich chłopców, ale również  ośrodek i symbol wszystkich Polaków.  Tym sposobem zdobył nasze zaufanie, zjednał naszą pomoc finansową i nasz wkład fizycznej pracy przez późniejsze lata, a przykładów mogę przytoczyć wiele ponieważ byłem administratorem w roku 1992 kiedy przełożonym/superiorem był ks. Antoni Papużyński.  Od otwarcia szkoły nasza Polonia z Readingu i z Checkendon bezinteresownie pomagała w urządzaniu Zielonych Świątek w czym i ja osobiście brałem udział. Pod koniec lat 60-tych parafia Slough brała również czynny udział w urządzaniu Zielonych Świątek ofiarując bezinteresowną pomoc przez udział chóru i zespołu tanecznego i pomoc pań w kafeterii.  Nie będę wchodził w detale, ale jedno jest pewne, że bez pierwszych wpłat zebranych przez społeczeństwo polskie wszystkich parafii nie byłby  ks. Jarzębowski w stanie wpłacić potrzebną sumę jako zadatek na zakup. Ponieważ nasze społeczeństwo jest wychowane w duchu katolickim uwierzyło bezgranicznie księdzu Jarzębowskiemu,  zasłużonemu jeszcze z czasów wojennych kiedy w  Meksyku prowadził szkołę w Santa Rossa dla polskich sierot i hojnie odpowiedziało na Jego apel.

Ponieważ ks. Wojciech Jasiński zdecydował wybrać tylko  sumy, które figurują w  dokumentach to niestety pomija tym samym pierwszy wkład finansowy całej Polonii, a wkład ten,  w ufności do kościoła, nie został należycie udokumentowany. Darczyńcy w większości już nie żyją lub są w późnych latach 80-tych i nie zawsze mają możność podkreślić swój udział. Po zamknięciu szkoły w 1986 superiorem był ks. Antoni Papużynski i wtedy to English Heritage dał sumę na odnowienie tarasów i balustrad.

Działał wtedy czynnie apostolat maryjny, na który znów społeczeństwo, dwa razy w roku, dawało hojne datki w zwrotnych kopertach wysyłanych do poszczególnych wiernych. Nigdy żeśmy się nie dowiedzieli jakie to były sumy, ale sam osobiście zawoziłem na pocztę w Henley po pięć worków ofrankowanych kopert*. Zadaję sobie również pytanie na czyje konta poszły pieniądze z domów zapisanych między innymi

przez nie żyjącą już doktór Hastings.

Nasuwa się smutne pytanie dlaczego my darczyńcy ze starszej polonii zostaliśmy dziś przez księży marianów wyobcowani - ,,wyalienowani’’ z naszej przeszłości   i naszego dorobku związanego  z tym zabytkiem. Ból ze sprzedaży Fawley Courtu dotyka nie tylko mnie osobiście, ale wielu moich, jeszcze żyjących kolegów z Readingu i z innych okolic Anglii. Rozumiem, że ośrodek jest trudny do utrzymania, ale przy dobrej woli, gospodarce i współpracy, czego daliśmy dowód w początkach lat 50-tych, moglibyśmy próbować powtórzyć ten sukces. Po to  abyśmy nadal  mogli korzystać z przyrzeczenia ks. Jarzębowskiego, że ten ośrodek po wsze czasy będzie służył wszystkim Polakom - starej i młodej emigracji w Anglii i nie zostanie bezpowrotnie stracony.   

 

Zbigniew Bartus

 

*koperty ze zwrotnym adresem i znaczkiem gotowe do zwrotu z banknotami